Grudzień, zima i Boże Narodzenie na Warmii i Mazurach
W związku z tym, że święta Bożego Narodzenia tuż-tuż, dziś zaprezentuję kilka wątków okołoświątecznych, oczywiście jak zawsze w kontekście turystycznym.
Barstuki – co to?
Już po raz drugi, w czasie trwania Warmińskiego Jarmarku Świątecznego, tzw. olsztyńska dziura, czyli pozostałości średniowiecznych elementów obronnych przy Wysokiej Bramie, zagospodarowywane są na Wioskę Barstuków. W tym roku „dziura” prezentowała się ona niezwykle baśniowo. A i same Barstuki w formie świątecznych ozdób można było spotkać na Starym Mieście. Przez cały rok maleńka figurka Barstuka stoi nad Łyną w parku przy alei Gelsenkirchen i przy ulicy Stanisława Staszica. To jedna z 15 rzeźb powstałych w ramach Olsztyńskiego Budżetu Obywatelskiego, a prezentujących postaci z legend i baśni Warmii i Mazur.
WERSJA AUDIO >> POSŁUCHAJ PODCASTU

Warto zatem przypomnieć, kim były Barstuki. O krasnoludkach zwanych Barstukami pisze w swojej „Baśni Gwiazdowej” Maria Zientara-Malewska. Bajkę możecie znaleźć w zbiorze „O różnych kłobukach, skarbach i zaklętych zamkach. Baśni i legendy warmińskie” wydanym w 2008 r.
To jak to z tymi Barstukami było? Działo się to w czasach, gdy Olsztyn był maleńką, rybacką osadą, której drewniane chaty przycupnęły nad cichą, wijącą się leniwie Łyną. Wokół rozciągały się lasy tak gęste i głębokie, że nawet w samo południe panował w nich półmrok. Mówiono, że drzewa pamiętają czasy, gdy po tej ziemi stąpały pradawne duchy, a ich korzenie splatają się pod ziemią jak warkocze starych wiedźm.
To właśnie pod tymi splątanymi korzeniami kryły się chateńki maleńkich krasoludków – Barstuków. Każdy z nich był niewiele większy niż dłoń dziecka, ale miał serce większe od bukowego orzecha i zawsze nosił ze sobą małą latarenkę oraz mieszek pełen leśnych błyskotek.
Barstuki prowadziły życie skromne i ciche, a ponad wszystko kochały noc. Gdy tylko zapadał zmrok, zapalały swe latarenki, których światło było ciepłe i miękkie jak poświata księżyca. Potajemnie zakradały się do domów, by nieść pomoc tym, którzy najbardziej jej potrzebowali. Rybakom łatały sieci tak starannie, że ci nieraz przecierali oczy ze zdumienia, próbując odgadnąć, gdzie wcześniej była dziura. Ułomnej babuleńce z leśnej chatki nanosiły chrust i układały go pod ścianą, by starczyło na całą zimę. Szewcowi szyły buty do samego świtu, a zmęczonemu krawcowi poprawiały każdą nitkę, każdy ścieg, dzięki czemu jego ubrania wydawały się niemal zaczarowane.
Jednej rzeczy Barstuki nie znosiły – ciekawskich spojrzeń. Ich praca była cicha i tajemna. Gdy ktoś próbował je podpatrzeć, uciekały w popłochu i nigdy więcej nie wracały do takiego domu.
Najwięcej roboty miały w czasie Adwentu, tuż przed Bożym Narodzeniem. Nocą krzątały się po chacie chorej staruszki: szorowały podłogę, paliły w piecu, piekły chleb na Wigilię. W innym domu gospodyni usnęła nad wyrobionym ciastem, więc Barstuki kończyły wszystko za nią, ucierając, wyrabiając i piekąc, by następnego dnia stół uginał się od przysmaków. A rybakom podsuwały dobre miejsca do połowu, by nie wracali z pustymi rękami.
Ludzie nie widzieli Barstuków, ale każdy czuł ich obecność. I w dowód wdzięczności sypali im w kącikach ziarenka grochu, a na stołach zostawiali czarki z miodnym, gęstym piwem jałowcowym, które Barstuki uwielbiały. Rano wszystko znikało co do okruszka i ostatniej kropli.
Za mostem św. Jana, w leśniczówce pod wysokimi świerkami, mieszkał leśniczy z żoną i trójką dziatek. Gdy nadeszła wigilijna noc, leśniczy przyniósł z lasu wyjątkową choinkę – tak gęstą, że wyglądała jak zielona chmurka. Mieli w domu mnóstwo wosku od dzikich pszczół, więc ulepili z żoną świeczki i umocowali je na gałązkach. Kiedy nazajutrz dzieci ujrzały drzewko, aż podskoczyły z radości, tak pięknego widoku nigdy przedtem nie widziały. Zapach lasu wypełnił całą izbę.
Barstuki zwabione światłem świec i śmiechem dzieci podchodziły pod okna. Chuchały w oszronione szyby, przyciskały do nich maleńkie nosy i piszczały z zachwytu. W ich małych serduszkach zrodziła się myśl:„A gdyby tak sprawić taką samą radość wszystkim dzieciom w Olsztynie?”
Przez całe lato i jesień Barstuki zbierały skarby lasu. Suszyły jagody i grzyby, zbierały orzechy, koraliki z głogu, pajęcze nitki i szyszki. Z wosku lepiły świeczki w kształcie gwiazdek i księżyców. Z mchu, patyczków i kory robiły zabawki tak niezwykłe, że wyglądały jak zaczarowane.
W końcu nadeszła wigilijna noc. Nad Łyną unosiła się mgła, w lasach trzeszczał mróz, a ludzi ogarnął błogi sen. I wtedy Barstuki ruszyły do pracy. Po cichutku, na paluszkach, wnosiły do domów choinki. Stawiały je na stołach i ławach, ubierały własnoręcznie wykonanymi ozdobami, zapalały świeczki, a pod drzewkami zostawiały prezenty – kolorowe, lśniące, leśne cudeńka.
Gdy rankiem ludzie szykowali się na pasterkę, ujrzeli w izbach czarodziejskie drzewka, bijące ciepłym światłem. Dzieci wbiegały do izb, przecierały oczy ze zdumienia i śmiały się tak głośno, że aż zaspane ptaki zrywały się z dachów. A Barstuki, ukryte w zakamarkach, trzęsły się z radości, widząc ich szczęście.
Tak trwało latami. Barstuki służyły ludziom wiernie, a ludzie szanowali ich tajemnice. Ale w młynie mieszkała młynarzowa – kobieta wścibska i ciekawska. Od dawna marzyła, by ujrzeć Barstuka, choć wszyscy ją ostrzegali, że to zły pomysł. W wigilijną noc, gdy świat ucichł pod śniegiem, schowała się pod piecem i czekała.
Gdy Barstuki weszły, zaczęły pracować jak zawsze. Układały choinkę, zapalały świeczki… aż tu nagle młynarzowa – nie mogąc powstrzymać kichnięcia – kichnęła tak głośno, że aż kurz posypał się z belki. Duszków ogarnął strach. W jednej chwili zgasiły latarenki i popędziły ku drzwiom, piszcząc cichutko. Wybiegły na mróz i zniknęły w lesie. I nie wróciły już nigdy do Olsztyna.
Od tej pory w mieście nieraz widywano maleńkie ślady przy brzegu Łyny albo słyszano w głuszy szelest jakby drobnych nóżek. Kto zabłądził w lesie, temu Barstuki czasem rozświetlały drogę drobnymi światełkami. „To robaczki świętojańskie!” – mówili niektórzy. Ale starzy ludzie kręcili głowami, bo wiedzieli swoje. A dzieci… ach, dzieci najbardziej tęskniły za Barstukami.
By je pocieszyć, rodzice zaczęli co roku przynosić z lasu choinki, stawiać je w domach, ubierać i zapalać świeczki – tak jak to robiły niegdyś leśne duszki. Ten zwyczaj przeszedł z pokolenia na pokolenie i trwa do dziś. Tylko Barstuków już nie ma. Choć podobno… czasem w wigilijną noc, gdy ktoś patrzy bardzo uważnie w głąb zimowego lasu, może zobaczyć cień maleńkiej latarenki, kołyszący się między drzewami, jakby Barstuki wciąż czuwały nad tymi, którzy wierzą w magię dawnych czasów.
Mateczki Adwentowe – Elbląg
Adwent – okres czterech tygodni poprzedzających Boże Narodzenie – od zawsze był w wielu kulturach czasem szczególnego oczekiwania, refleksji i społecznej troski. Choć dziś o tradycjach związanych z Adwentem w Polsce mówi się głównie w kontekście wieńców adwentowych czy kalendarzy adwentowych, to niewiele osób wie, że w XVII-wiecznym Elblągu narodziła się wyjątkowa tradycja znana jako Mateczki Adwentowe. To zwyczaj o charakterze społecznym i religijnym, który łączył pomoc ubogim, duchowy wymiar oczekiwania i specyficzne postacie – kobiety, które przemierzały miasto, niosąc otuchę.
Tradycja Mateczek Adwentowych dotyczy Elbląga i sięga co najmniej XVII wieku – epoki wojen polsko-szwedzkich, zaraz i głodu, kiedy społeczność lokalna borykała się z licznymi trudnościami. W czasach tych to kobiety, nazywane Mateczkami Adwentowymi, wychodziły do mieszkańców miasta w okresie Adwentu, pomagając potrzebującym i zbierając datki oraz dary dla ubogich i chorych.
Mateczki były kobietami świeckimi – starszymi, często wdowami – które pełniły rolę swoistego łącznika między zamożniejszymi mieszkańcami a tymi najbardziej dotkniętymi niedostatkiem. Ich obecność pomagała zarówno zmaterializować ideę miłosierdzia chrześcijańskiego, jak i wprowadzić wspólnotowy rytuał solidarności w okresie przedświątecznym.

Jak wyglądał zwyczaj? Mateczki Adwentowe, kiedy przemierzały ulice Elbląga, nosiły charakterystyczne stroje. Ich ubiór składał się z długich, ciemnych spódnic, białych peleryn oraz słomkowych kapeluszy, pod którymi wiązano chusty. Miały przy sobie wiklinowe kosze i dzwoneczki – dzwonek sygnalizował ich przejście i zwiastował nadchodzące święta Bożego Narodzenia.
Podczas wędrówek kobiety zbierały różnorodne produkty – owoce, ciasta, przetwory, orzechy – oraz pieniądze wrzucane do specjalnych skarbonek. Tzw. „dziesiątak” (czyli dar w wysokości 10 fenigów) miał w lokalnej wierze zapewniać spełnienie marzenia wrzucającemu. Zebrane dary i środki służyły następnie do zorganizowania obfitszych świąt dla mieszkańców przytułków, domów opieki czy osób samotnych.
Działalność Mateczek Adwentowych miała głęboki wymiar religijny i społeczny – w czasach, kiedy Kościół i społeczności lokalne stawały się najważniejszymi źródłami wsparcia społecznego, te kobiety symbolizowały opiekę, miłosierdzie i praktyczną solidarność z potrzebującymi.
W kontekście Adwentu, który w chrześcijaństwie oznacza czas „przygotowania” na narodziny Chrystusa, funkcja Mateczek była więc podwójna: z jednej strony wiązała się z konkretną pomocą materialną, z drugiej – z przypominaniem o duchowym znaczeniu nadchodzących świąt.
W XXI wieku zwyczaj Mateczek Adwentowych przeżywa renesans. W Elblągu podjęto działania, by przypomnieć i zaadaptować go do współczesnych realiów. Grupa nieformalna „Trzy” – składająca się z przewodniczek turystycznych i animatorki kultury – zrealizowała projekt, w ramach którego uszyto historyczne stroje Mateczek oraz zaplanowano działania popularyzujące zwyczaj wśród mieszkańców i turystów.
Dziś Mateczki Adwentowe pojawiają się na ulicach Elbląga, jarmarkach bożonarodzeniowych i spacerach edukacyjnych. Ich zadaniem nie jest już zbieranie datków – współcześnie pełnią rolę edukacyjną i promocyjną, przypominając historię tradycji oraz jej wartości: pomoc bliźniemu, wspólnotę i przygotowanie duchowe do świąt. Często rozdają dzieciom drobne upominki, uczestniczą w spotkaniach lokalnych społeczności i pełnią funkcję „ambasadorek” historii Elbląga.
Mateczki Adwentowe są dziś postrzegane jako unikatowy element dziedzictwa kulturowego Elbląga – tradycja, która nie tylko łączy mieszkańców z ich przeszłością, ale także pokazuje, jak zwyczaje mogą ożywać na nowo dzięki lokalnej inicjatywie. Dzięki takim praktykom społeczności mogą budować silniejszą tożsamość lokalną, umacniać więzi między pokoleniami i przyciągać turystów zainteresowanych historią regionu.
Mateczki Adwentowe to przykład tradycji, która łączy religijne znaczenie Adwentu z praktyczną troską o drugiego człowieka. Powstałe w XVII-wiecznym Elblągu kobiece postacie, przemierzające ulice z dzwoneczkiem i koszem, niosły pomoc najbardziej potrzebującym i symbolizowały wspólnotową solidarność. Choć zwyczaj zanikł dzięki działaniom lokalnych pasjonatów wraca na ulice miasta jako żywy symbol historii, kultury i świątecznej wspólnoty.
Zima na Warmii i Mazurach
Śnieg, lód, sanie i łyżwy — tak zimą wyglądały krajobrazy Warmii i Mazur sprzed około 150 lat, czyli w drugiej połowie XIX wieku, gdy ziemie te należały do Prus Wschodnich.
Jak się jeździło, gdy zasypało drogi? Zimowe warunki w Prusach Wschodnich bywały surowe i śnieżne — regularne opady i niska temperatura sprawiały, że kołowa furmanka często stawała się bezużyteczna. W takich warunkach szczególną rolę odgrywały sanie i sanki: lekkie, drewniane konstrukcje z metalowymi lub żelaznymi obszyciami krawędzi, przystosowane do ciągnięcia przez konia, czasem przez dwa konie. Sanie ułatwiały przewóz ludzi, towarów i opału po ubitym śniegu i po lodzie; na zdjęciach i rycinach z XIX w. widać zarówno drobne saneczki miejskie, jak i duże sanie transportowe.
Na otwartych, zaśnieżonych przestrzeniach używano różnych typów zaprzęgów — od jedno- i dwukonnego dla lokalnych potrzeb po więcej koni dla szybkiego przemieszczenia się po lodzie czy ubitych traktach. Tam, gdzie drogę przecinały zamarznięte jeziora i rozległe pola, zaprzężone sanie były często jedyną skuteczną opcją do przewozu ludzi i ładunków.
Zamarznięte jeziora w regionie Mazur były naturalnymi arteriami komunikacyjnymi zimą. Ludzie używali łyżew nie tylko do zabawy, lecz także do codziennego przemieszczania się — zwłaszcza tam, gdzie odległości między wsiami były znaczne, a drogi nieprzejezdne. Po lodzie chodzono, jeżdżono na łyżwach towarowych (przypominających dzisiejsze „płozy” montowane do noszy czy platform) i ciągnięto lekkie ładunki. W dokumentach i rycinach z XIX w. łyżwy występują zarówno jako przedmiot rekreacji, jak i narzędzie pracy.
Co dziś możemy zobaczyć w muzeach regionu? Jeżeli chcesz „zobaczyć na żywo” sprzęt i eksponaty związane z zimowym transportem sprzed 150 lat, w regionie są miejsca, które prezentują takie przedmioty lub podobne rekonstrukcje. Na przykład warto zajrzeć do Muzeum Budownictwa Ludowego – Parku Etnograficznego w Olsztynku — w zbiorach skansenu znajdują się zarówno narzędzia codziennego użytku, jak i pojazdy oraz wyposażenie gospodarstw z XIX–XX w.; to najlepsze miejsce, by obejrzeć sanki, sanie transportowe i sprzęty wiejskie używane zimą. Są one prezentowane w wozowni zajazdu z Małszewa.
Jazda saniami nie była wyłącznie praktyczna — w miastach i dworkach arystokratycznych stała się też rozrywką: eleganckie zaprzęgi i dekorowane sanie bywały demonstracją statusu, a same przejażdżki — okazją towarzyską. Mieszkańcy znali „bezpieczne” trasy po lodach i sposoby sprawdzania grubości lodu — była to wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie.
Zimą przed 150 laty Warmia i Mazury funkcjonowały w zupełnie innym rytmie — drogi zamieniały się w białe autostrady dla sani, jeziora w trasy, a łyżwy i sanki były równie niezbędne, co dziś samochód czy rower.
Ignacy Krasicki – Lidzbark Warmiński
Zmieniamy temat, ale pozostajemy w czasie zimowym. W grudniu 1766 roku, w wieku 32 lat, biskupem warmińskim został Ignacy Krasicki. 1 grudnia papież zatwierdził go jako koadiutora czyli następcę jeszcze żyjącego biskupa Adama Stanisława Grabowskiego. Wkrótce, 15.12. o godzinie 17.00 w Lidzbarku Warmińskim Grabowski zmarł. 30.12. nuncjusz papieski konsekrował Krasickiego na biskupa warmińskiego, co miało miejsce w Warszawie. Krasicki objął rządy w diecezji po ingresie do katedry i złożeniu przysięgi kapitule. Ingres do katedry fromborskiej odbył się 24.12.1767 roku w wigilię Bożego Narodzenia.
Postać biskupa Ignacego Krasickiego przypomina przede wszystkim muzeum zamek biskupów warmińskich w Lidzbarku Warmińskim. Urządzono tam m.in. wystawę stałą Gabinet Ignacego Krasickiego.
Ekspozycja poświęcona biskupowi Ignacemu Krasickiemu mieści się w niewielkim pomieszczeniu usytuowanym w zachodnim skrzydle, w dawnym kredensie. Jest to mały, jednookienny pokój nad kuchnią, którego przestrzeń została częściowo ograniczona przez pionowo poprowadzony przewód kominowy. Po prawej stronie wnęki okiennej znajdował się niegdyś okrągły otwór, dziś zakryty posadzką — najprawdopodobniej pełnił on funkcję wyciągu, którym potrawy trafiały bezpośrednio z kuchni do kredensu a potem do jadalni biskupów.
Zachowane polichromie ścienne pochodzą z różnych epok i zostały odkryte podczas prac konserwatorskich prowadzonych w latach 1974–1977. Dolne partie ścian zdobią malowane motywy geometryczne, natomiast w górnych partiach znajdują się pejzaże wykonane w okresie urzędowania biskupa Ignacego Krasickiego. Sklepienie pomieszczenia ozdobiono dekoracją z motywem roślinnej wici.
W zbiorach bibliotecznych Muzeum Warmii i Mazur znajduje się dzieło „Pan Podstoli. Na trzy księgi podzielony” autorstwa biskupa Ignacego Krasickiego (1735–1801). Przechowywany w muzeum egzemplarz został opublikowany w Warszawie w 1778 roku nakładem i drukiem Michała Grölla, nadwornego księgarza Jego Królewskiej Mości.
Ignacy Krasicki uznawany jest za jednego z pionierów polskiej powieści. W tym gatunku stworzył cztery utwory, spośród których „Pan Podstoli” jest najobszerniejszym i najbardziej rozbudowanym. Akcja książki rozgrywa się na południowo-wschodnich kresach Rzeczypospolitej. Jej głównym bohaterem jest urzędnik przedstawiony jako niezbyt bogaty, lecz solidny ziemianin. Autor kreśli jego portret jako mężczyzny w sile wieku, o poważnym obliczu i zdrowej cerze, z siwym wąsem, ubranego w biały żupan przewiązany skórzanym pasem, w słomkowym kapeluszu o szerokim rondzie, z prostą laską w dłoni — gospodarza doglądającego latem swoich dóbr.
Życie tytułowego Podstolego ukazane zostało jako pełna realizacja ideału staropolskiej „arkadii ziemiańskiej”. Składają się na nią własny dwór gwarantujący niezależność materialną, dobra i wspierająca żona, udane potomstwo oraz liczne formy spędzania wolnego czasu, takie jak lektura, gra w karty, polowania czy towarzyskie wizyty.
Wydawcą dzieła był Michał Gröll (1722–1798) — drukarz i księgarz, jedna z czołowych postaci polskiego oświecenia. W 1768 roku przeniósł on swoją księgarnię z Drezna do Warszawy, gdzie uruchomił własną drukarnię. Publikował tam m.in. czasopismo literackie epoki stanisławowskiej „Zabawy Przyjemne i Pożyteczne”, a także liczne prace naukowe i literackie.
Opisywany egzemplarz „Pana Podstolego” trafił do księgozbioru Muzeum Warmii i Mazur w latach osiemdziesiątych XX wieku.
Czarownice na Warmii i Mazurach
Często powtarza się, że przysłowia są skarbnicą ludowej wiedzy. Ale czy rzeczywiście zawsze mają rację? Weźmy choćby powiedzenie: „Święta Łucja dnia przyrzuca”. Nietrudno odczytać jego sens — według niego od dnia wspomnienia św. Łucji, czyli od 13 grudnia, dzień zaczyna się wydłużać.
Z tym dniem wiążą się również dawne wierzenia. Opowiadano, że w noc poprzedzającą święto św. Łucji czarownice są wyjątkowo aktywne: spotykają się na polanach, by świętować najdłuższą noc roku w towarzystwie diabłów. Noc sprzyja czarom, a ta najdłuższa wydaje się do tego wręcz idealna. Tylko że pojawia się problem — według współczesnej wiedzy astronomicznej przesilenie zimowe przypada dopiero około 23 grudnia. Jak więc pogodzić to z datą 13 grudnia? Czy czarownice źle policzyły dni, a może z niecierpliwości przesunęły swój sabat niemal o dwa tygodnie?
Wyjaśnienie jest znacznie prostsze i wcale nie magiczne. Zarówno przysłowie, jak i związane z nim wierzenia powstały jeszcze przed XVI wiekiem. W 1582 roku wprowadzono reformę kalendarza — dotychczasowy kalendarz juliański zastąpiono gregoriańskim. W starym porządku dzień św. Łucji, przypadający 13 grudnia, wypadał w czasie odpowiadającym dzisiejszemu 23 grudnia, a więc w okolicach faktycznego przesilenia zimowego.
Kalendarz zmieniono, daty świąt pozostały te same — i od tej pory to nie przysłowia ani czarownice się mylą, lecz czas płynie według innych rachub.
Zwierzęta w czasie zimy na Warmii i Mazurach
Ze świata czarów przenosimy się do świata zwierząt. Zima to dla zwierząt wyjątkowo trudny czas, w którym niskie temperatury i niedobór pożywienia stanowią poważne wyzwanie.
Jednym ze sposobów radzenia sobie z zimą jest migracja do cieplejszych rejonów, z której korzysta wiele gatunków ptaków. Wędrówki te wymagają ogromnego nakładu energii i odpowiednich przygotowań, takich jak gromadzenie zapasów tłuszczu, lot w stadach czy wykorzystywanie korzystnych warunków aerodynamicznych. Nie wszystkie ptaki jednak odlatują — część pozostaje na miejscu, a inne przylatują z chłodniejszych regionów, gdzie warunki są jeszcze surowsze.
Inną strategią przetrwania jest sen zimowy w różnych formach: od płytkiego snu u borsuków, przez głęboką hibernację jeży, nietoperzy czy płazów, aż po diapauzę, charakterystyczną głównie dla bezkręgowców. Zwierzęta te przed zimą intensywnie żerują, by zgromadzić zapasy energii, a w czasie spoczynku ich funkcje życiowe ulegają znacznemu spowolnieniu.
Gatunki, które nie migrują ani nie zapadają w sen zimowy, pozostają aktywne i muszą radzić sobie z zimą na bieżąco. Pomaga im w tym zmiana diety, gromadzenie zapasów, tworzenie większych grup, a także przystosowania fizyczne, takie jak gęstsze futro czy zmiana ubarwienia. Sarny tworzą tzw. rudle, a jelenie chmary. Gdy pokrywa śnieżna jest wysoka i ciężko jest się dostać do zielonych części roślin, zaczynają obgryzać pędy drzew oraz spałują (obgryzają) korę młodych drzewek. Futro sarny zmienia się z rudawego na szarobrązowe. Gronostaje, łasice, czy zające bielaki zmieniają kolor futra na białe. Ptaki radzą sobie inaczej. Po pierwsze przybywa im piór puchowych, a także stroszą pióra, dzięki czemu pomiędzy nimi powstaje cienka warstwa termoizolacyjna. Niektóre zwierzęta zmieniają również rytm aktywności lub częściej pojawiają się w pobliżu siedzib ludzkich, gdzie łatwiej o pokarm.
Wszystkie te strategie pokazują, jak zróżnicowane i skuteczne mogą być sposoby przetrwania zimy w świecie zwierząt.
I wojna światowa na Mazurach – Paprotki i cmentarz wojenny w Marcinowej Woli
Na koniec wspomnę jeszcze krótko wydarzenia z czasu Bożego Narodzenia 1914 roku czyli z okresu I wojny światowej. Boże Narodzenie 1914 roku nie wszędzie na frontach Wielkiej Wojny oznaczało przerwę w walkach. Na Mazurach, zwłaszcza w okolicach Giżycka oraz na odcinku tzw. Giżyckiej Pozycji Polowej, doszło do wyjątkowo zaciętych starć, szczególnie w rejonie Paprotek i Marcinowej Woli.
Najgwałtowniejsze natarcie nastąpiło właśnie w dzień Bożego Narodzenia. Rosjanie, licząc na mniejszą czujność obrońców w świątecznym czasie, ruszyli do ataku, brnąc w lodowatej wodzie sięgającej piersi. Próba ta zakończyła się jednak niepowodzeniem. Tylko na południe od Paprotek, na skrzydle jednego z batalionów, udało im się na krótko przełamać linię obrony. Sytuację szybko opanowały 3. kompania 33. Pułku Fizylierów oraz 12. kompania 76. Pułku Landwehry, które po okrążeniu przeciwnika i ciężkich walkach zmusiły rosyjskich żołnierzy do poddania się.
Straty armii rosyjskiej sięgnęły około 3 tysięcy ludzi, w tym 1100 jeńców. Dwa dni później Rosjanie zwrócili się z prośbą o krótkie, dwugodzinne zawieszenie broni, by móc zebrać poległych. W kolejnych dniach walki stopniowo wygasały, a rosyjskie natarcia ustały.
Trwałym świadectwem brutalności tych zmagań pozostaje do dziś cmentarz wojenny w Marcinowej Woli, gdzie pochowano 812 żołnierzy niemieckich oraz 1101 rosyjskich.
