Olsztyńscy pionierzy
Tym razem przyjrzymy się miejscom i postaciom związanym z tzw. pionierami, czyli pierwszymi nowymi mieszkańcami Olsztyna, którzy pojawili się tu w 1945 roku – pierwsi już w lutym – oraz w kolejnych miesiącach po zakończeniu II wojny światowej.
WERSJA AUDIO >> CZĘŚĆ I >> SŁUCHAJ PODCASTU
Pionierzy przywracali miasto do życia niemal od zera. Działali w wielu dziedzinach jednocześnie: uruchamiali transport, leczyli ludzi, odbudowywali i organizowali podstawowe zakłady komunalne, takie jak energetyka, wodociągi czy kanalizacja, zabezpieczali i ratowali zabytki, inicjowali działalność placówek kulturalnych, oświatowych i społecznych. Wszystko to robili w realiach skrajnie trudnej, powojennej rzeczywistości dawnego Allenstein – miasta zniszczonego, wyludnionego, pełnego chaosu organizacyjnego i niepewności jutra.
Trzeba przy tym pamiętać, że pionierzy mierzyli się nie tylko z problemami materialnymi i logistycznymi. Każdy z nich niósł ze sobą własne doświadczenia wojny: traumy, straty, często wielomiesięczną lub wieloletnią rozłąkę z rodziną. Wielu przyjechało tu bez najbliższych, niemal zawsze z poczuciem wykorzenienia i tęsknotą za domem, który pozostał daleko na wschodzie lub którego już nie było. Olsztyn był dla nich miejscem obcym, często trafiali tu zupełnym przypadkiem – ale to właśnie oni nadali mu nowy, powojenny kształt.
Dzisiaj przyjrzymy się pionierom związanym konkretnie z Zatorzem. Oczywiście nie będzie to zestawienie kompletne – wręcz przeciwnie, będzie to wybór bardzo selektywny. Jak zawsze punktem odniesienia jest dla mnie kontekst turystyczny i krajoznawczy. Sprawdzimy więc, czy – i w jaki sposób – zatorzańscy pionierzy zostali upamiętnieni w przestrzeni miasta. Poszukamy także miejsc z nimi związanych: bezpośrednio lub tylko pośrednio, czasem symbolicznie, czasem bardzo dosłownie.
Dlaczego ten temat podejmuję właśnie teraz? Mamy koniec stycznia, a to miesiąc o szczególnym znaczeniu dla historii miasta. Dokładnie 22 stycznia 1945 roku radziecka Armia Czerwona zdobyła niemiecki wówczas Olsztyn. To dobry moment, by przypomnieć tamten przełomowy czas oraz ludzi, którzy pojawili się tu tuż po nim – w mieście zrujnowanym, obcym, a jednak stopniowo stającym się ich nowym domem.
Pionierzy w Olsztynie – pierwsi byli kolejarze
Na mocy porozumienia ze Związkiem Radzieckim na zajmowanych przez Sowietów jeszcze przyfrontowych terenach zaczęto tworzyć pierwsze organa polskiej administracji. Rozpoczęli działalność pełnomocnicy Tymczasowego Rządu Rzeczypospolitej Polskiej. Takim pełnomocnikiem na obszar byłych Prus Wschodnich został wojewoda białostocki Jerzy Sztachelski. To za jego sprawą pojawili się w Olsztynie pierwsi Polacy – kolejarze.
Uruchomienie kolei na początku 1945 roku miało znaczenie absolutnie kluczowe – zarówno z punktu widzenia militarnego, jak i cywilnego. Walki na froncie wciąż trwały i miały zakończyć się dopiero w maju, dlatego sprawny transport był niezbędny dla przemieszczania się wojsk radzieckich. Równocześnie kolej była jedyną realną szansą na dotarcie do miasta cywilów – przyszłych mieszkańców, urzędników i specjalistów, którzy mieli zorganizować od podstaw polskie życie w dawnym Allenstein.
Pierwsza grupa polskich kolejarzy przyjechała do Olsztyna z Białegostoku. Nie jechali jednak pociągiem – tory były zniszczone – lecz dwoma ciężarówkami. Wyruszali w drogę w atmosferze strachu i niepewności. Gdy opuszczali Białystok, niemal każdy z nich się przeżegnał: jechali na tereny nieznane, niebezpieczne, objęte działaniami wojennymi. Trasę Ełk–Giżycko pokonywali przez dwa dni, a odcinek Giżycko–Olsztyn aż trzy dni. Po drodze czekały na nich niezliczone przeszkody: zniszczone drogi, porzucony sprzęt wojskowy, brak mostów, a także chaos i zagrożenie ze strony maruderów. Do Olsztyna dotarli 17 lutego 1945 roku.
To, co zastali na miejscu, trudno było nazwać miastem zdolnym do funkcjonowania. Dworzec kolejowy płonął – został dopiero co podpalony przez żołnierzy Armii Czerwonej. Wokół leżały ciała zabitych, w tym wielu pacjentów szpitala mariackiego. Tabor kolejowy był rozproszony i zdewastowany, torowiska pozbawione szyn, brakowało podstawowych urządzeń technicznych. Radzieckie oddziały demontowały infrastrukturę kolejową, traktując ją jako zdobycz wojenną i wywożąc na wschód. [1]

Radziecka komendantura nakazała polskim kolejarzom zająć budynki mieszkalne w pobliżu dworca kolejowego. Kolejarze zamieszkali w dwóch kamienicach przy dzisiejszej ulicy Marii Zientary-Malewskiej. Tak wspominał pierwsze dni w Olsztynie jeden z nich, Karol Hochlajtner: „Zaczęliśmy porządkować wszystkie pokoje, (…) były po pas w pierzach, wszystko porozwalane, porozbijane szafy, kredensy, drzwi, brud i śmieci. Na piętrze to samo (…), otworzyliśmy kilka pokoi, po czterech, pięciu na pokój i zanocowaliśmy, samochody jechały na podwórko, wystawiliśmy wartę. Światła nie było, wody nie było – ani umyć się, ani napić się, kto miał w butelce, ten trochę oczy przetarł i tak musieliśmy do rana czuwać. Każdy czuwał sumiennie, bo łuna pożarów oświecała cały Olsztyn. Na drugiej stronie ulicy palił się trzypiętrowy dom, widać było przez okna. Każdy czuwał, by nie upiec się żywcem. Noc była przykra, umęczona, ale bez przygód i zajść. (…) Nam polecono porządkować mieszkania, podwórka, wywiesić biało-czerwoną chorągiew i tablicę z napisem w języku polskim i rosyjskim (Zaniato kwartiry polskimi zelaznodorożnymi). Samochody odjechały z powrotem do Białegostoku. Pozostaliśmy sami. Zaczęliśmy oglądać całe bloki od piwnicy do strychu. W piwnicach znaleźliśmy kartofle, buraki i warzywa, węgiel, znaleźliśmy wyżej lepsze pokoje, wybraliśmy, oczyścili, na podwórku zrobili mniej więcej porządek. (…). [2]” Polscy kolejarze zarejestrowali się w sowieckiej komendanturze i otrzymali prawo noszenia broni.
Przechodzimy do przestrzeni Zatorza i upamiętnienia tego wydarzenia. Na kamienicy przy ul. Marii Zientary-Malewskiej 2 znajduje się tablica pamiątkowa, która informuje, że właśnie w tym budynku 19 lutego 1945 roku pierwsza grupa Polaków – kolejarzy – zawiesiła polską flagę po 173 latach zaborów. Aby mieszkańcy Allenstein wiedzieli, że w kamienicy mieszkają już Polacy, jeden z kolejarzy, Mikołaj Kretowicz, zrobił prowizoryczną biało-czerwoną flagę z białego prześcieradła i czerwonej wsypy na pierzynę.

Warto pamiętać, że początki polskiego miasta po 1945 roku nierozerwalnie wiążą się z kamienicą przy ulicy Marii Zientary-Malewskiej 2. Została ona wzniesiona w 1908 roku przez niemieckie koleje państwowe. Jest to zdecydowanie najbogatsza architektonicznie realizacja kolejowa na Zatorzu – świadectwo znaczenia, jakie kolej miała dla tej części miasta jeszcze przed wojną.
Olsztyn w 1945 – warunki mieszkaniowe
Jak wyglądało szukanie mieszkania w Olsztynie w 1945 roku? Odpowiedź na to pytanie znajdujemy we wspomnieniach Cecylii Vetulani, jednej z pionierek polskiego życia kulturalnego w powojennym mieście. Co prawda nie była mieszkanką Zatorza tylko Śródmieścia, ale jej relacja, pełna plastycznych i często drastycznych szczegółów, pozwala zajrzeć w codzienność Olsztyna wiosną 1945 roku.
Vetulani przybyła do Olsztyna 30 kwietnia 1945 roku, pokonując trasę z Warszawy przez Toruń. Niemal natychmiast po przyjeździe została zatrudniona w muzeum mieszczącym się na zamku kapituły warmińskiej. Pod kierownictwem Hieronima Skurpskiego włączyła się w ratowanie, porządkowanie i zabezpieczanie rozproszonych i zagrożonych zbiorów. Pracowała – jak sama pisała – niczym „juczny osiołek”, dźwigając, przenosząc i porządkując wszystko, co dało się ocalić. O tych pionierskich latach działalności Muzeum Mazurskiego (tak początkowo nazywało się dzisiejsze Muzeum Warmii i Mazur) opowiada najnowsza wystawa czasowa prezentowana na zamku: „Trudne początki. Muzeum Mazurskie w latach 1945–1950”.
Po podjęciu pracy przed Vetulani stanęło kolejne, nie mniej wymagające wyzwanie – znalezienie mieszkania. Choć w maju 1945 roku wolnych lokali w Olsztynie było jeszcze stosunkowo dużo, sytuacja szybko się zmieniała. Do miasta napływali nowi osadnicy, urzędnicy i pracownicy instytucji, dlatego z decyzją nie można było zwlekać.
W swoich wspomnieniach Vetulani niezwykle sugestywnie opisuje opuszczone mieszkania, do których przez wybite okna i otwarte drzwi zimą dostawał się mróz. Zamarznięta w kranach i kaloryferach woda oraz zakonserwowane w chłodzie resztki jedzenia były codziennością. Wraz z nadejściem wiosny dochodził jednak kolejny problem – odrażające zapachy. Mieszała się woń gnijącej żywności, wilgotnego pierza z rozprutych pierzyn oraz – co szczególnie dokuczliwe – ludzkich ekskrementów, pozostawianych w najbardziej zaskakujących miejscach.
We wspomnieniach wydanych w 1972 roku pod tytułem „Pionierzy i zabytki” Vetulani notowała z niedowierzaniem:
„Dziwiłam się na przykład, po co było wspinać się aż na kuchenny piec, czy odwracać stołek do góry nogami, żeby na jego odwrocie zostawić ‘wizytówkę’. Lub po co było, miast walającego się w bród papieru, zanieczyszczać powyrzucane z szaf wyprane i wyprasowane serwety? Ktoś pobrudził obrazek wiszący na ścianie. Gdyby przedstawiał on wizerunek dostojnika Rzeszy, można by zrozumieć podjęty wysiłek, lecz była to jakaś marna reprodukcja”. [3]
Do tego dochodził jeszcze jeden, niemal symboliczny obraz powojennego Olsztyna: miasto tonęło w pierzu, o czym wspominał także cytowany kolejarz. Unosiło się ono przy każdym podmuchu wiatru, przyklejało do naczyń, ubrań i włosów, potęgując wrażenie chaosu i tymczasowości. Ten obraz dosadnie oddaje skalę trudności, z jakimi musieli mierzyć się pierwsi powojenni mieszkańcy miasta.
Vetulani szybko „zabezpieczyła” dla siebie mieszkanie przy ul. Wyzwolenia 27. Do jednych z trojga drzwi wejściowych dorobiła klucz, pozostałe zabarykadowała od środka meblami. Początkowo jednak nie zdecydowała się tam zamieszkać – dom był pusty, pozbawiony innych lokatorów, a tym samym nie dawał poczucia bezpieczeństwa.
Ostatecznie zamieszkała przy ul. Wyzwolenia 27, lecz już pod koniec czerwca 1945 roku zmuszona była szukać nowego lokum. Trafiła wówczas do kamienicy przy ul. Długiej 7 (dzisiejsza ul. Warmińska, przed wojną Langgasse). Widok, który tam zastała, był wstrząsający. Jak pisała, toaleta oraz cynowa wanna w łazience o ścianach w kolorze czekolady były wypełnione po brzegi nieczystościami. Szczątki połamanych mebli, zmieszane z ekskrementami i brudnym pierzem, zapełniały dwa niezamieszkane pokoje. Najwyraźniej mieszkanie służyło jako prowizoryczna ubikacja i magazyn gratów znoszonych z całego domu. Największy pokój zawalały gruz i kafle z rozebranego pieca, którego remont przerwały działania wojenne. [4]
Kolejarze w Olsztynie w 1945 roku
Wracamy do kolejarzy. Jeszcze w lutym do Olsztyna dotarła z Białegostoku druga grupa kolejarzy. Wkrótce pojawiły się kolejne ekipy – z Warszawy, Krakowa i Lublina. W marcu 1945 roku wszystkie zespoły kolejarskie liczyły już łącznie 1403 osoby.
Gdy w lutym ekipa kolejarzy z Białegostoku zasiedliła niektóre domy przy ul. Zientary-Malewskiej, to w kwietniu i maju grupa kolejarzy z Warszawy zajęła trzy budynki przy ul. Limanowskiego, oznaczone numerami 39, 40 i 41, czyli przy skrzyżowaniu z ul. Jagiellońską. W niektórych blokach zamieszkali też pocztowcy. [5]
Jeden z synów kolejarza, który przybył z rodziną do Olsztyna z Białegostoku pod koniec marca 1945, wspominał, że ojciec po długich zabiegach w końcu 10 kwietnia 1946 roku dostał przydział na lokal na trzecim piętrze kamienicy przy obecnej ul. Jagiellońskiej 31. Kamienica pochodzi z pocz. XX w. i została zbudowana przez miasto.
Na strychu ojciec znalazł m.in. skrzynię z tytoniem oraz drugą z fajansowymi naczyniami, na których były namalowane scenki ogrodowe, z hitlerowską gapą pod spodem. Używano tych naczyń w domu przez wiele lat. Rzecz jasna nie zgłoszono ich władzom, mimo, że był taki obowiązek – należało w magistracie zgłaszać wszelkie przejęte mienie, np. meble, naczynia itd. W końcu talerz z gapą podczas wizytacji w domu zauważył dzielnicowy, który poradził, by oznaczone w ten sposób naczynia potłuc i wyrzucić, co kolejarz „nie bez żalu uczynił”. Inne znaleziska to książki w języku niemieckim – dzieła Schillera i Goethego oraz „Bajki” Krasickiego po polsku [6].
Kolejarze byli najczęściej delegowani na teren dawnych Prus Wschodnich przez administrację państwową w Warszawie oraz dyrekcję kolei w Białymstoku. Otrzymywali specjalne zaświadczenia określające cel wyjazdu, na przykład: „Zaświadcza się, że obyw. … udaje się do Prus Wschodnich w sprawie organizacji Kolei Państwowych. Zaświadczenie niniejsze uprawnia do odbycia podróży samochodem w jedną stronę. Termin ważności: marzec 1945 r.”. Podobne dokumenty wydawało Ministerstwo Komunikacji, a każde z nich musiało zostać potwierdzone przez radzieckich komendantów miejscowości, do której kolejarze przybywali.
Pierwszą uruchomioną przez polskich kolejarzy linią była trasa Olsztyn–Orneta, oddana do użytku już na początku marca 1945 roku. W maju tego samego roku przeniesiono z Białegostoku do Olsztyna Dyrekcję Okręgową Kolei Państwowych. Na jej potrzeby zajęto budynek dawnej rejencji.
Po wojnie popularne było powiedzenie: „Jak masz olej, idź na kolej”. Praca na kolei uchodziła za stabilną i opłacalną. Kolejarze otrzymywali dobre wynagrodzenia, duże zniżki na przejazdy, określoną pulę darmowych biletów, możliwość korzystania z wczasów w ośrodkach kolejowych, zniżki w stołówkach, deputaty węglowe i drzewne oraz różnego rodzaju premie.
Szczególnym polem aktywności kolejarzy była także sfera społeczna i sportowa. Już w lipcu 1945 roku w Olsztynie powstał kolejowy klub sportowy, jeden z pierwszych powojennych klubów w mieście.
Kolejarze-pionierzy wielokrotnie wracali do swoich doświadczeń w wywiadach i wspomnieniach, które dziś stanowią bezcenne źródło wiedzy o pierwszych miesiącach polskiego Olsztyna. Ostatni z nich, Czesław Boruc, zmarł w 2012 roku.
Uruchamianie kolejnych linii sprawiło, że region warmińsko-mazurski przestał być komunikacyjną wyspą. Miało to ogromne znaczenie dla napływu nowych mieszkańców na tzw. Ziemie Odzyskane: przyjeżdżali Warszawiacy ze zniszczonej stolicy jak wspomniana Cecylia Vetulani, wracali mieszkańcy dawnego Allenstein i okolic jak Maria Zientara-Malewska – patronka interesującej nas zatorzańskiej ulicy, w maju pojawili się pierwsi repatrianci w zorganizowanych transportach, najpierw z Wołynia, potem z Wileńszczyzny.
Pierwsi lekarze w powojennym Olsztynie
W pierwszej ekipie kolejarzy, o których przypomina tablica na kamienicy przy Zientary-Malewskiej 2 był także lekarz, syn kolejarza – Florian Piotrowski. Jedyny wówczas polski medyk w Olsztynie, a według niektórych relacji w ogóle jedyny lekarz w mieście. Wkrótce po przyjeździe zaczął przyjmować pacjentów w przydzielonym mu mieszkaniu. Na przełomie marca i kwietnia 1945 roku uruchomił pierwszy polski szpital w budynku klasztornym przy dzisiejszej ulicy Wyspiańskiego, na Zatorzu właśnie. [7] W 1942 r. zagospodarowano go na lazaret wojskowy.

Florian Piotrowski urodził się w 1898 roku w Petersburgu, w rodzinie kolejarskiej. Kolej była w tej rodzinie czymś więcej niż zawodem – była tradycją. Dziadek kolejarz, ojciec kolejarz. Tylko matka pochodziła z rodziny ziemiańskiej. Dwa światy – techniczny i inteligencki – spotkały się w jednym domu. Florian kończy szkołę średnią w Petersburgu. Jest młody, ambitny, a wokół niego świat się wali. Rewolucja, chaos, zmiany. W latach 1917–1920 pracuje na kolei i w stoczni. Uczy się życia od podstaw.
W 1921 roku razem z rodzicami przyjeżdża do Wilna. I tu zaczyna się kolejny rozdział – niezwykle barwny. Pracuje w szkole. Uczy… śpiewu i matematyki. A po godzinach studiuje biologię na Uniwersytecie Stefana Batorego. Później przenosi się na Wydział Lekarski. Jest tylko jeden problem – studentom medycyny nie wolno pracować. Florian pracuje. I… ukrywa to. W 1931 roku zdobywa dyplom lekarza. Pracuje w Poradni Przeciwgruźliczej w Wilnie, potem w Klinice Chirurgicznej Uniwersytetu Stefana Batorego. Równocześnie – do wybuchu wojny – jest lekarzem szkolnym i wykładowcą higieny w Szkole Technicznej.
W życiu prywatnym nie ma jednak lekko. Żeni się z Wiktorią Drozdowską, nauczycielką ze Święcian. Mają pięcioro dzieci. Kilka miesięcy po narodzinach najmłodszego, w 1938 roku, Wiktoria umiera. Wkrótce potem umiera także dziecko. Zostaje sam z czwórką dzieci.
Wojnę Florian spędza w Wilnie. Pracuje w Szpitalu św. Józefa, w szpitalu dla jeńców wojennych, w przychodniach. Ale to tylko część historii. On i dwaj najstarsi synowie są związani z ruchem oporu – należą do zgrupowania „Szczerbca” Armii Krajowej. W szpitaliku koło Turgiel opatruje rannych polskich partyzantów, radzieckich partyzantów i jeńców wojennych. Jeden z synów, Janusz, ginie z rąk Niemców.
Po wejściu Armii Czerwonej do Wilna los znowu stawia go na krawędzi. Przyjaźń z rosyjskimi oficerami ratuje jego i syna przed wywiezieniem do Kaługi. Od jednego z pacjentów – rosyjskiego oficera – dowiaduje się, że obaj są poszukiwani przez NKWD. Znikają. Zmieniają adresy. I razem z transportem wojsk generała Berlinga docierają do Białegostoku.
20 stycznia 1945 roku Florian Piotrowski zaczyna pracę w Szpitalu Kolejowym. Ale tylko na chwilę. Wojewoda białostocki Jerzy Sztachelski, który był absolwentem tego samego wileńskiego uniwersytetu, daje mu zadanie specjalne: zorganizować kolejową służbę zdrowia w Olsztynie. I tak Florian Piotrowski wraz z pierwszymi kolejarzami trafia w lutym 1945 r. do Olsztyna. Po kilku dniach dołącza do niego druga żona – Władysława z domu Batraniec. Do Olsztyna dociera sama. Samochodem. Furmanką. Pieszo.
Nowe miasto. Ruina. Epidemie. Ludzie masowo chorują na zatrucia pokarmowe, czerwonkę, biegunki. Brakuje wszystkiego. Najbardziej – wody. Ta, którą udaje się zdobyć, nawet po gotowaniu truje.
Doktor Piotrowski szuka leków w opuszczonych niemieckich szpitalach, aptekach, mieszkaniach dawnych lekarzy. A kiedy nie ma lekarstw – leczy ryżem. Dostaje od wojska kilka worków, gotuje kleik i roznosi go chorym po domach. Lekarstwo na biegunkę. Władysława Piotrowska przyjmuje porody. Kobiety są same. Bez rodzin. Bez wsparcia. Pomaga, jak potrafi.
Florian chodzi na wizyty domowe. Pieszo. Potem zdobywa rower. Ale szabrownicy kradną wszystko, co się da – także rowery. Gdy mają już dwa, jeździ z nim syn Romuald, który pilnuje sprzętu. Romuald żartował później, że był pierwszym kierowcą pogotowia ratowniczego w powojennym Olsztynie.
Kiedy wybucha epidemia duru brzusznego, Piotrowski organizuje szpital. Najpierw… w swoim mieszkaniu przy Zientary-Malewskiej. Później przy Placu Bema. Następnie przy ulicy Wyspiańskiego, w budynku klasztornym. Razem z doktorem Stanisławem Flisem otwierają tam Szpital Kolejowy – jedyny działający szpital w mieście. I choć „kolejowy”, mógł tu przyjść każdy. W maju 1945 roku w szpitalu pojawia się prąd.
Później doktor Piotrowski pracuje w Przychodni Ubezpieczalni Społecznej, w Szpitalu Wojewódzkim (czyli wtedy dawnym Mariackim), a pod koniec lat 50. w Pogotowiu Ratunkowym. W latach 1955–1961 jest jego dyrektorem. Równocześnie przyjmuje pacjentów w przychodni PKP.
A prywatnie? Kocha turystykę, sport, narty, kajaki. Uwielbia podróże koleją. Zdarzało się, że wsiadał w Olsztynie do pociągu, jechał do Zakopanego, spacerował po Krupówkach… i wracał tego samego dnia. Bo był synem kolejarza. I lekarzem, który zawsze był w drodze. [8]
Doktor Alina Erdamanowa – Olsztyn
Inną pamiątką po Wilnianach-pionierach na Zatorzu jest ulica imienia Doktor Aliny Erdmanowej. Na osiedlu Podleśna mamy dwie ulice, których patronkami są kobiety – dawne mieszkanki Olsztyna, związane z Zatorzem – Maria Zientara-Malewska i właśnie Doktor Alina Erdmanowa.

Wyobraźcie sobie kobietę, która przez całe życie była w biegu. Dosłownie. Lekarka. Ginekolożka. Położniczka. Jedna z tych osób, o których mówi się: „bez niej to miasto wyglądałoby zupełnie inaczej”. To historia doktor Aliny Erdmanowej. Żyła w latach 1894-1959. Urodziła się jako Alina Konoplańska w Komarowie na Litwie – w ziemiańskiej rodzinie, niedaleko granicy z Łotwą. Najpierw Wilno, potem Moskwa. Gimnazjum w Wilnie, a następnie Wydział Medyczny Uniwersytetu Moskiewskiego. Droga daleka, ambitna, wymagająca – zwłaszcza jak na kobietę początku XX wieku.
Jej przyszły mąż, Antoni Erdman, miał równie burzliwy życiorys. Rodzina Erdmanów wywodziła się z Saksonii, przed wiekami osiadła w Inflantach. Po powstaniu styczniowym – konfiskata majątku, zesłanie, Kaukaz. Antoni urodził się w Gruzji, w Kutaisi, w 1885 roku. Studiował w Timiriazowskiej Akademii Rolniczej w Moskwie. I właśnie tam, w polskim środowisku akademickim, poznał Alinę.
Pobrali się. W 1915 roku urodziła się ich córka – Irena. Ale świat nie dawał im wytchnienia. Wybucha I wojna światowa. Antoni trafia do wojska i walczy w Karpatach. Alina kończy studia w 1917 roku i niemal od razu zaczyna pracę w szpitalu polowym w Bobrujsku nad Berezyną. Później zostaje kierownikiem szpitala gminnego w Bacewiczach.
A potem – rewolucja w Rosji. Antoni, jako oficer, zostaje aresztowany. Spędza pół roku w więzieniu. Alina walczy o jego uwolnienie, szukając protekcji u… siostry Feliksa Dzierżyńskiego. Skutecznie.
Po pokoju ryskim w 1920 roku Erdmanowie wracają do Wilna. Antoni pracuje w Izbie Rolniczej. Alina – w Szpitalu Wojskowym na Antokolu, jako starszy asystent w uniwersyteckiej Klinice Ginekologiczno-Położniczej. Pracuje także w Szpitalu Kolejowym na Wilczej Łapie, współprowadzi prywatną klinikę, przyjmuje w Przychodni Lekarzy Specjalistów i w Szpitalu Miejskim św. Jakuba.
Jej specjalizacja? Ginekologia i położnictwo. Jej znak rozpoznawczy? Skuteczność, spokój i absolutne oddanie pacjentkom.
Wojnę spędzają w Wilnie. Ale jesienią 1945 roku wszystko się zmienia. Erdmanowie przyjeżdżają do Olsztyna. Miasto jest zniszczone. Brakuje sprzętu, lekarstw, personelu. Szerzą się epidemie. Już w maju 1946 roku doktor Alina Erdman, razem z doktorem Stanisławem Flisem, organizuje oddział ginekologiczno-położniczy we wspominanym Szpitalu Kolejowym na Zatorzu, przy ulicy Wyspiańskiego. Jesienią uruchamia poradnię dla kobiet w Poliklinice Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego przy obecnej ul. Jagiellońskiej 53 [9] – która rok później staje się pełnoprawnym oddziałem.
Przez lata jest ordynatorem obu oddziałów. W Poliklinice – do 1948 roku – jest jedynym lekarzem. Około 200 porodów rocznie. Od 1948 roku zaczynają się także poważne operacje. Pierwsza – 6 lutego 1949 roku, piętnaście minut po północy. Tylko w tym jednym roku pod jej kierunkiem wykonano jedenaście skomplikowanych zabiegów ratujących życie.
Warunki pracy poprawiają się w 1950 roku, gdy szpitale zostają przeniesione do budynków przy alei Wojska Polskiego. Kolejowy do wzniesionego w latach 30. XX w. dawnego szpitala ewangelickiego imienia Hindenburga przy Wojska Polskiego 30, a poliklinika pod adres Wojska Polskiego 37. Ale ona nie zwalnia tempa. Przyjmuje pacjentki w Przychodni PKP. Prowadzi prywatną praktykę. Szkoli pielęgniarki i położne. Wychowuje młodych lekarzy. Operuje. Ratuje. Oddziały, którymi kieruje, mają opinię najlepszych w województwie.
Mieszka przy ulicy Warmińskiej 17. Jest duszą towarzystwa, uwielbia ludzi, przyjmuje gości. Ale wystarczy jeden telefon – trudny poród, nagła operacja – i znika na Zatorze. Zdarzało się, że dorożkarz nie brał od niej pieniędzy. Motorniczy zatrzymywał tramwaj specjalnie dla niej.
Bo wszyscy wiedzieli, dokąd biegnie. I po co. Była w Olsztynie znana, szanowana i po prostu lubiana.
W 1959 roku, podczas uroczystości wręczenia Złotego Krzyża Zasługi w Teatrze imienia Stefana Jaracza, dostaje wylewu. Umiera sześć dni później. Pozostaje pamięć. I tysiące historii, które zaczęły się właśnie dzięki niej. Alina Erdamanowa została pochowana na zatorzańskim cmentarzu św. Józefa. [10]

cdn
[1] Stanisław Achremczyk, Historia Warmii i Mazur, t. II: 1772-2018, Olsztyn 2018, s. 1047-1048.
[2] Czesław Browiński, Olsztyn 1945-1970, Olsztyn 1974, s. 11-12.
[3] Cecylia Vetulani, Pionierzy i zabytki, Olsztyn 1972, s. 46-47.
[4] Cecylia Vetulani, Pionierzy i zabytki, Olsztyn 1972, s. 100-101.
[5] Stanisław Piechocki, Dzieje olsztyńskich ulic, Olsztyn 1998, s. 252.
[6] Katarzyński Jan „Kto miał olej, szedł na kolej”, autor: Władysław Katarzyński, s. 107-108, w: Czas pionierów, opowieści z okazji 75-lecia przybycia osadników na Warmię i Mazury, Olsztyn 2020.
[7] Andrzej Skrobacki, Album lekarzy-pionierów Okręgu Mazurskiego 1945-1946, Olsztyn 1980, s. 9.
[8] Tadeusz Matulewicz, Wileńskie rodowody, Olsztyn 2005, s. 10-15.
[9] Andrzej Skrobacki, Album lekarzy-pionierów Okręgu Mazurskiego 1945-1946, Olsztyn 1980, s. 14.
[10] Tadeusz Matulewicz, Wileńskie rodowody, Olsztyn 2005, s. 64-67.
