Olsztyńscy pionierzy
Tym razem przyjrzymy się miejscom i postaciom związanym z tzw. pionierami, czyli pierwszymi nowymi mieszkańcami Olsztyna, którzy pojawili się tu w 1945 roku – pierwsi już w lutym – oraz w kolejnych miesiącach po zakończeniu II wojny światowej.
WERSJA AUDIO >> CZĘŚĆ I >> SŁUCHAJ PODCASTU
WERSJA AUDIO >> CZĘŚĆ II >> SŁUCHAJ PODCASTU
Pionierzy przywracali miasto do życia niemal od zera. Działali w wielu dziedzinach jednocześnie: uruchamiali transport, leczyli ludzi, odbudowywali i organizowali podstawowe zakłady komunalne, takie jak energetyka, wodociągi czy kanalizacja, zabezpieczali i ratowali zabytki, inicjowali działalność placówek kulturalnych, oświatowych i społecznych. Wszystko to robili w realiach skrajnie trudnej, powojennej rzeczywistości dawnego Allenstein – miasta zniszczonego, wyludnionego, pełnego chaosu organizacyjnego i niepewności jutra.
Trzeba przy tym pamiętać, że pionierzy mierzyli się nie tylko z problemami materialnymi i logistycznymi. Każdy z nich niósł ze sobą własne doświadczenia wojny: traumy, straty, często wielomiesięczną lub wieloletnią rozłąkę z rodziną. Wielu przyjechało tu bez najbliższych, niemal zawsze z poczuciem wykorzenienia i tęsknotą za domem, który pozostał daleko na wschodzie lub którego już nie było. Olsztyn był dla nich miejscem obcym, często trafiali tu zupełnym przypadkiem – ale to właśnie oni nadali mu nowy, powojenny kształt.
Dzisiaj przyjrzymy się pionierom związanym konkretnie z Zatorzem. Oczywiście nie będzie to zestawienie kompletne – wręcz przeciwnie, będzie to wybór bardzo selektywny. Jak zawsze punktem odniesienia jest dla mnie kontekst turystyczny i krajoznawczy. Sprawdzimy więc, czy – i w jaki sposób – zatorzańscy pionierzy zostali upamiętnieni w przestrzeni miasta. Poszukamy także miejsc z nimi związanych: bezpośrednio lub tylko pośrednio, czasem symbolicznie, czasem bardzo dosłownie.
Dlaczego ten temat podejmuję właśnie teraz? Mamy koniec stycznia, a to miesiąc o szczególnym znaczeniu dla historii miasta. Dokładnie 22 stycznia 1945 roku radziecka Armia Czerwona zdobyła niemiecki wówczas Olsztyn. To dobry moment, by przypomnieć tamten przełomowy czas oraz ludzi, którzy pojawili się tu tuż po nim – w mieście zrujnowanym, obcym, a jednak stopniowo stającym się ich nowym domem.
Pionierzy w Olsztynie – pierwsi byli kolejarze
Na mocy porozumienia ze Związkiem Radzieckim na zajmowanych przez Sowietów jeszcze przyfrontowych terenach zaczęto tworzyć pierwsze organa polskiej administracji. Rozpoczęli działalność pełnomocnicy Tymczasowego Rządu Rzeczypospolitej Polskiej. Takim pełnomocnikiem na obszar byłych Prus Wschodnich został wojewoda białostocki Jerzy Sztachelski. To za jego sprawą pojawili się w Olsztynie pierwsi Polacy – kolejarze.
Uruchomienie kolei na początku 1945 roku miało znaczenie absolutnie kluczowe – zarówno z punktu widzenia militarnego, jak i cywilnego. Walki na froncie wciąż trwały i miały zakończyć się dopiero w maju, dlatego sprawny transport był niezbędny dla przemieszczania się wojsk radzieckich. Równocześnie kolej była jedyną realną szansą na dotarcie do miasta cywilów – przyszłych mieszkańców, urzędników i specjalistów, którzy mieli zorganizować od podstaw polskie życie w dawnym Allenstein.
Pierwsza grupa polskich kolejarzy przyjechała do Olsztyna z Białegostoku. Nie jechali jednak pociągiem – tory były zniszczone – lecz dwoma ciężarówkami. Wyruszali w drogę w atmosferze strachu i niepewności. Gdy opuszczali Białystok, niemal każdy z nich się przeżegnał: jechali na tereny nieznane, niebezpieczne, objęte działaniami wojennymi. Trasę Ełk–Giżycko pokonywali przez dwa dni, a odcinek Giżycko–Olsztyn aż trzy dni. Po drodze czekały na nich niezliczone przeszkody: zniszczone drogi, porzucony sprzęt wojskowy, brak mostów, a także chaos i zagrożenie ze strony maruderów. Do Olsztyna dotarli 17 lutego 1945 roku.
To, co zastali na miejscu, trudno było nazwać miastem zdolnym do funkcjonowania. Dworzec kolejowy płonął – został dopiero co podpalony przez żołnierzy Armii Czerwonej. Wokół leżały ciała zabitych, w tym wielu pacjentów szpitala mariackiego. Tabor kolejowy był rozproszony i zdewastowany, torowiska pozbawione szyn, brakowało podstawowych urządzeń technicznych. Radzieckie oddziały demontowały infrastrukturę kolejową, traktując ją jako zdobycz wojenną i wywożąc na wschód. [1]

Radziecka komendantura nakazała polskim kolejarzom zająć budynki mieszkalne w pobliżu dworca kolejowego. Kolejarze zamieszkali w dwóch kamienicach przy dzisiejszej ulicy Marii Zientary-Malewskiej. Tak wspominał pierwsze dni w Olsztynie jeden z nich, Karol Hochlajtner: „Zaczęliśmy porządkować wszystkie pokoje, (…) były po pas w pierzach, wszystko porozwalane, porozbijane szafy, kredensy, drzwi, brud i śmieci. Na piętrze to samo (…), otworzyliśmy kilka pokoi, po czterech, pięciu na pokój i zanocowaliśmy, samochody jechały na podwórko, wystawiliśmy wartę. Światła nie było, wody nie było – ani umyć się, ani napić się, kto miał w butelce, ten trochę oczy przetarł i tak musieliśmy do rana czuwać. Każdy czuwał sumiennie, bo łuna pożarów oświecała cały Olsztyn. Na drugiej stronie ulicy palił się trzypiętrowy dom, widać było przez okna. Każdy czuwał, by nie upiec się żywcem. Noc była przykra, umęczona, ale bez przygód i zajść. (…) Nam polecono porządkować mieszkania, podwórka, wywiesić biało-czerwoną chorągiew i tablicę z napisem w języku polskim i rosyjskim (Zaniato kwartiry polskimi zelaznodorożnymi). Samochody odjechały z powrotem do Białegostoku. Pozostaliśmy sami. Zaczęliśmy oglądać całe bloki od piwnicy do strychu. W piwnicach znaleźliśmy kartofle, buraki i warzywa, węgiel, znaleźliśmy wyżej lepsze pokoje, wybraliśmy, oczyścili, na podwórku zrobili mniej więcej porządek. (…). [2]” Polscy kolejarze zarejestrowali się w sowieckiej komendanturze i otrzymali prawo noszenia broni.
Przechodzimy do przestrzeni Zatorza i upamiętnienia tego wydarzenia. Na kamienicy przy ul. Marii Zientary-Malewskiej 2 znajduje się tablica pamiątkowa, która informuje, że właśnie w tym budynku 19 lutego 1945 roku pierwsza grupa Polaków – kolejarzy – zawiesiła polską flagę po 173 latach zaborów. Aby mieszkańcy Allenstein wiedzieli, że w kamienicy mieszkają już Polacy, jeden z kolejarzy, Mikołaj Kretowicz, zrobił prowizoryczną biało-czerwoną flagę z białego prześcieradła i czerwonej wsypy na pierzynę.

Warto pamiętać, że początki polskiego miasta po 1945 roku nierozerwalnie wiążą się z kamienicą przy ulicy Marii Zientary-Malewskiej 2. Została ona wzniesiona w 1908 roku przez niemieckie koleje państwowe. Jest to zdecydowanie najbogatsza architektonicznie realizacja kolejowa na Zatorzu – świadectwo znaczenia, jakie kolej miała dla tej części miasta jeszcze przed wojną.
Olsztyn w 1945 – warunki mieszkaniowe
Jak wyglądało szukanie mieszkania w Olsztynie w 1945 roku? Odpowiedź na to pytanie znajdujemy we wspomnieniach Cecylii Vetulani, jednej z pionierek polskiego życia kulturalnego w powojennym mieście. Co prawda nie była mieszkanką Zatorza tylko Śródmieścia, ale jej relacja, pełna plastycznych i często drastycznych szczegółów, pozwala zajrzeć w codzienność Olsztyna wiosną 1945 roku.
Vetulani przybyła do Olsztyna 30 kwietnia 1945 roku, pokonując trasę z Warszawy przez Toruń. Niemal natychmiast po przyjeździe została zatrudniona w muzeum mieszczącym się na zamku kapituły warmińskiej. Pod kierownictwem Hieronima Skurpskiego włączyła się w ratowanie, porządkowanie i zabezpieczanie rozproszonych i zagrożonych zbiorów. Pracowała – jak sama pisała – niczym „juczny osiołek”, dźwigając, przenosząc i porządkując wszystko, co dało się ocalić. O tych pionierskich latach działalności Muzeum Mazurskiego (tak początkowo nazywało się dzisiejsze Muzeum Warmii i Mazur) opowiada najnowsza wystawa czasowa prezentowana na zamku: „Trudne początki. Muzeum Mazurskie w latach 1945–1950”.
Po podjęciu pracy przed Vetulani stanęło kolejne, nie mniej wymagające wyzwanie – znalezienie mieszkania. Choć w maju 1945 roku wolnych lokali w Olsztynie było jeszcze stosunkowo dużo, sytuacja szybko się zmieniała. Do miasta napływali nowi osadnicy, urzędnicy i pracownicy instytucji, dlatego z decyzją nie można było zwlekać.
W swoich wspomnieniach Vetulani niezwykle sugestywnie opisuje opuszczone mieszkania, do których przez wybite okna i otwarte drzwi zimą dostawał się mróz. Zamarznięta w kranach i kaloryferach woda oraz zakonserwowane w chłodzie resztki jedzenia były codziennością. Wraz z nadejściem wiosny dochodził jednak kolejny problem – odrażające zapachy. Mieszała się woń gnijącej żywności, wilgotnego pierza z rozprutych pierzyn oraz – co szczególnie dokuczliwe – ludzkich ekskrementów, pozostawianych w najbardziej zaskakujących miejscach.
We wspomnieniach wydanych w 1972 roku pod tytułem „Pionierzy i zabytki” Vetulani notowała z niedowierzaniem:
„Dziwiłam się na przykład, po co było wspinać się aż na kuchenny piec, czy odwracać stołek do góry nogami, żeby na jego odwrocie zostawić ‘wizytówkę’. Lub po co było, miast walającego się w bród papieru, zanieczyszczać powyrzucane z szaf wyprane i wyprasowane serwety? Ktoś pobrudził obrazek wiszący na ścianie. Gdyby przedstawiał on wizerunek dostojnika Rzeszy, można by zrozumieć podjęty wysiłek, lecz była to jakaś marna reprodukcja”. [3]
Do tego dochodził jeszcze jeden, niemal symboliczny obraz powojennego Olsztyna: miasto tonęło w pierzu, o czym wspominał także cytowany kolejarz. Unosiło się ono przy każdym podmuchu wiatru, przyklejało do naczyń, ubrań i włosów, potęgując wrażenie chaosu i tymczasowości. Ten obraz dosadnie oddaje skalę trudności, z jakimi musieli mierzyć się pierwsi powojenni mieszkańcy miasta.
Vetulani szybko „zabezpieczyła” dla siebie mieszkanie przy ul. Wyzwolenia 27. Do jednych z trojga drzwi wejściowych dorobiła klucz, pozostałe zabarykadowała od środka meblami. Początkowo jednak nie zdecydowała się tam zamieszkać – dom był pusty, pozbawiony innych lokatorów, a tym samym nie dawał poczucia bezpieczeństwa.
Ostatecznie zamieszkała przy ul. Wyzwolenia 27, lecz już pod koniec czerwca 1945 roku zmuszona była szukać nowego lokum. Trafiła wówczas do kamienicy przy ul. Długiej 7 (dzisiejsza ul. Warmińska, przed wojną Langgasse). Widok, który tam zastała, był wstrząsający. Jak pisała, toaleta oraz cynowa wanna w łazience o ścianach w kolorze czekolady były wypełnione po brzegi nieczystościami. Szczątki połamanych mebli, zmieszane z ekskrementami i brudnym pierzem, zapełniały dwa niezamieszkane pokoje. Najwyraźniej mieszkanie służyło jako prowizoryczna ubikacja i magazyn gratów znoszonych z całego domu. Największy pokój zawalały gruz i kafle z rozebranego pieca, którego remont przerwały działania wojenne. [4]
Kolejarze w Olsztynie w 1945 roku
Wracamy do kolejarzy. Jeszcze w lutym do Olsztyna dotarła z Białegostoku druga grupa kolejarzy. Wkrótce pojawiły się kolejne ekipy – z Warszawy, Krakowa i Lublina. W marcu 1945 roku wszystkie zespoły kolejarskie liczyły już łącznie 1403 osoby.
Gdy w lutym ekipa kolejarzy z Białegostoku zasiedliła niektóre domy przy ul. Zientary-Malewskiej, to w kwietniu i maju grupa kolejarzy z Warszawy zajęła trzy budynki przy ul. Limanowskiego, oznaczone numerami 39, 40 i 41, czyli przy skrzyżowaniu z ul. Jagiellońską. W niektórych blokach zamieszkali też pocztowcy. [5]
Jeden z synów kolejarza, który przybył z rodziną do Olsztyna z Białegostoku pod koniec marca 1945, wspominał, że ojciec po długich zabiegach w końcu 10 kwietnia 1946 roku dostał przydział na lokal na trzecim piętrze kamienicy przy obecnej ul. Jagiellońskiej 31. Kamienica pochodzi z pocz. XX w. i została zbudowana przez miasto.
Na strychu ojciec znalazł m.in. skrzynię z tytoniem oraz drugą z fajansowymi naczyniami, na których były namalowane scenki ogrodowe, z hitlerowską gapą pod spodem. Używano tych naczyń w domu przez wiele lat. Rzecz jasna nie zgłoszono ich władzom, mimo, że był taki obowiązek – należało w magistracie zgłaszać wszelkie przejęte mienie, np. meble, naczynia itd. W końcu talerz z gapą podczas wizytacji w domu zauważył dzielnicowy, który poradził, by oznaczone w ten sposób naczynia potłuc i wyrzucić, co kolejarz „nie bez żalu uczynił”. Inne znaleziska to książki w języku niemieckim – dzieła Schillera i Goethego oraz „Bajki” Krasickiego po polsku [6].
Kolejarze byli najczęściej delegowani na teren dawnych Prus Wschodnich przez administrację państwową w Warszawie oraz dyrekcję kolei w Białymstoku. Otrzymywali specjalne zaświadczenia określające cel wyjazdu, na przykład: „Zaświadcza się, że obyw. … udaje się do Prus Wschodnich w sprawie organizacji Kolei Państwowych. Zaświadczenie niniejsze uprawnia do odbycia podróży samochodem w jedną stronę. Termin ważności: marzec 1945 r.”. Podobne dokumenty wydawało Ministerstwo Komunikacji, a każde z nich musiało zostać potwierdzone przez radzieckich komendantów miejscowości, do której kolejarze przybywali.
Pierwszą uruchomioną przez polskich kolejarzy linią była trasa Olsztyn–Orneta, oddana do użytku już na początku marca 1945 roku. W maju tego samego roku przeniesiono z Białegostoku do Olsztyna Dyrekcję Okręgową Kolei Państwowych. Na jej potrzeby zajęto budynek dawnej rejencji.
Po wojnie popularne było powiedzenie: „Jak masz olej, idź na kolej”. Praca na kolei uchodziła za stabilną i opłacalną. Kolejarze otrzymywali dobre wynagrodzenia, duże zniżki na przejazdy, określoną pulę darmowych biletów, możliwość korzystania z wczasów w ośrodkach kolejowych, zniżki w stołówkach, deputaty węglowe i drzewne oraz różnego rodzaju premie.
Szczególnym polem aktywności kolejarzy była także sfera społeczna i sportowa. Już w lipcu 1945 roku w Olsztynie powstał kolejowy klub sportowy, jeden z pierwszych powojennych klubów w mieście.
Kolejarze-pionierzy wielokrotnie wracali do swoich doświadczeń w wywiadach i wspomnieniach, które dziś stanowią bezcenne źródło wiedzy o pierwszych miesiącach polskiego Olsztyna. Ostatni z nich, Czesław Boruc, zmarł w 2012 roku.
Uruchamianie kolejnych linii sprawiło, że region warmińsko-mazurski przestał być komunikacyjną wyspą. Miało to ogromne znaczenie dla napływu nowych mieszkańców na tzw. Ziemie Odzyskane: przyjeżdżali Warszawiacy ze zniszczonej stolicy jak wspomniana Cecylia Vetulani, wracali mieszkańcy dawnego Allenstein i okolic jak Maria Zientara-Malewska – patronka interesującej nas zatorzańskiej ulicy, w maju pojawili się pierwsi repatrianci w zorganizowanych transportach, najpierw z Wołynia, potem z Wileńszczyzny.
Pierwsi lekarze w powojennym Olsztynie
W pierwszej ekipie kolejarzy, o których przypomina tablica na kamienicy przy Zientary-Malewskiej 2 był także lekarz, syn kolejarza – Florian Piotrowski. Jedyny wówczas polski medyk w Olsztynie, a według niektórych relacji w ogóle jedyny lekarz w mieście. Wkrótce po przyjeździe zaczął przyjmować pacjentów w przydzielonym mu mieszkaniu. Na przełomie marca i kwietnia 1945 roku uruchomił pierwszy polski szpital w budynku klasztornym przy dzisiejszej ulicy Wyspiańskiego, na Zatorzu właśnie. [7] W 1942 r. zagospodarowano go na lazaret wojskowy.

Florian Piotrowski urodził się w 1898 roku w Petersburgu, w rodzinie kolejarskiej. Kolej była w tej rodzinie czymś więcej niż zawodem – była tradycją. Dziadek kolejarz, ojciec kolejarz. Tylko matka pochodziła z rodziny ziemiańskiej. Dwa światy – techniczny i inteligencki – spotkały się w jednym domu. Florian kończy szkołę średnią w Petersburgu. Jest młody, ambitny, a wokół niego świat się wali. Rewolucja, chaos, zmiany. W latach 1917–1920 pracuje na kolei i w stoczni. Uczy się życia od podstaw.
W 1921 roku razem z rodzicami przyjeżdża do Wilna. I tu zaczyna się kolejny rozdział – niezwykle barwny. Pracuje w szkole. Uczy… śpiewu i matematyki. A po godzinach studiuje biologię na Uniwersytecie Stefana Batorego. Później przenosi się na Wydział Lekarski. Jest tylko jeden problem – studentom medycyny nie wolno pracować. Florian pracuje. I… ukrywa to. W 1931 roku zdobywa dyplom lekarza. Pracuje w Poradni Przeciwgruźliczej w Wilnie, potem w Klinice Chirurgicznej Uniwersytetu Stefana Batorego. Równocześnie – do wybuchu wojny – jest lekarzem szkolnym i wykładowcą higieny w Szkole Technicznej.
W życiu prywatnym nie ma jednak lekko. Żeni się z Wiktorią Drozdowską, nauczycielką ze Święcian. Mają pięcioro dzieci. Kilka miesięcy po narodzinach najmłodszego, w 1938 roku, Wiktoria umiera. Wkrótce potem umiera także dziecko. Zostaje sam z czwórką dzieci.
Wojnę Florian spędza w Wilnie. Pracuje w Szpitalu św. Józefa, w szpitalu dla jeńców wojennych, w przychodniach. Ale to tylko część historii. On i dwaj najstarsi synowie są związani z ruchem oporu – należą do zgrupowania „Szczerbca” Armii Krajowej. W szpitaliku koło Turgiel opatruje rannych polskich partyzantów, radzieckich partyzantów i jeńców wojennych. Jeden z synów, Janusz, ginie z rąk Niemców.
Po wejściu Armii Czerwonej do Wilna los znowu stawia go na krawędzi. Przyjaźń z rosyjskimi oficerami ratuje jego i syna przed wywiezieniem do Kaługi. Od jednego z pacjentów – rosyjskiego oficera – dowiaduje się, że obaj są poszukiwani przez NKWD. Znikają. Zmieniają adresy. I razem z transportem wojsk generała Berlinga docierają do Białegostoku.
20 stycznia 1945 roku Florian Piotrowski zaczyna pracę w Szpitalu Kolejowym. Ale tylko na chwilę. Wojewoda białostocki Jerzy Sztachelski, który był absolwentem tego samego wileńskiego uniwersytetu, daje mu zadanie specjalne: zorganizować kolejową służbę zdrowia w Olsztynie. I tak Florian Piotrowski wraz z pierwszymi kolejarzami trafia w lutym 1945 r. do Olsztyna. Po kilku dniach dołącza do niego druga żona – Władysława z domu Batraniec. Do Olsztyna dociera sama. Samochodem. Furmanką. Pieszo.
Nowe miasto. Ruina. Epidemie. Ludzie masowo chorują na zatrucia pokarmowe, czerwonkę, biegunki. Brakuje wszystkiego. Najbardziej – wody. Ta, którą udaje się zdobyć, nawet po gotowaniu truje.
Doktor Piotrowski szuka leków w opuszczonych niemieckich szpitalach, aptekach, mieszkaniach dawnych lekarzy. A kiedy nie ma lekarstw – leczy ryżem. Dostaje od wojska kilka worków, gotuje kleik i roznosi go chorym po domach. Lekarstwo na biegunkę. Władysława Piotrowska przyjmuje porody. Kobiety są same. Bez rodzin. Bez wsparcia. Pomaga, jak potrafi.
Florian chodzi na wizyty domowe. Pieszo. Potem zdobywa rower. Ale szabrownicy kradną wszystko, co się da – także rowery. Gdy mają już dwa, jeździ z nim syn Romuald, który pilnuje sprzętu. Romuald żartował później, że był pierwszym kierowcą pogotowia ratowniczego w powojennym Olsztynie.
Kiedy wybucha epidemia duru brzusznego, Piotrowski organizuje szpital. Najpierw… w swoim mieszkaniu przy Zientary-Malewskiej. Później przy Placu Bema. Następnie przy ulicy Wyspiańskiego, w budynku klasztornym. Razem z doktorem Stanisławem Flisem otwierają tam Szpital Kolejowy – jedyny działający szpital w mieście. I choć „kolejowy”, mógł tu przyjść każdy. W maju 1945 roku w szpitalu pojawia się prąd.
Później doktor Piotrowski pracuje w Przychodni Ubezpieczalni Społecznej, w Szpitalu Wojewódzkim (czyli wtedy dawnym Mariackim), a pod koniec lat 50. w Pogotowiu Ratunkowym. W latach 1955–1961 jest jego dyrektorem. Równocześnie przyjmuje pacjentów w przychodni PKP.
A prywatnie? Kocha turystykę, sport, narty, kajaki. Uwielbia podróże koleją. Zdarzało się, że wsiadał w Olsztynie do pociągu, jechał do Zakopanego, spacerował po Krupówkach… i wracał tego samego dnia. Bo był synem kolejarza. I lekarzem, który zawsze był w drodze. [8]
Doktor Alina Erdamanowa – Olsztyn
Inną pamiątką po Wilnianach-pionierach na Zatorzu jest ulica imienia Doktor Aliny Erdmanowej. Na osiedlu Podleśna mamy dwie ulice, których patronkami są kobiety – dawne mieszkanki Olsztyna, związane z Zatorzem – Maria Zientara-Malewska i właśnie Doktor Alina Erdmanowa.

Wyobraźcie sobie kobietę, która przez całe życie była w biegu. Dosłownie. Lekarka. Ginekolożka. Położniczka. Jedna z tych osób, o których mówi się: „bez niej to miasto wyglądałoby zupełnie inaczej”. To historia doktor Aliny Erdmanowej. Żyła w latach 1894-1959. Urodziła się jako Alina Konoplańska w Komarowie na Litwie – w ziemiańskiej rodzinie, niedaleko granicy z Łotwą. Najpierw Wilno, potem Moskwa. Gimnazjum w Wilnie, a następnie Wydział Medyczny Uniwersytetu Moskiewskiego. Droga daleka, ambitna, wymagająca – zwłaszcza jak na kobietę początku XX wieku.
Jej przyszły mąż, Antoni Erdman, miał równie burzliwy życiorys. Rodzina Erdmanów wywodziła się z Saksonii, przed wiekami osiadła w Inflantach. Po powstaniu styczniowym – konfiskata majątku, zesłanie, Kaukaz. Antoni urodził się w Gruzji, w Kutaisi, w 1885 roku. Studiował w Timiriazowskiej Akademii Rolniczej w Moskwie. I właśnie tam, w polskim środowisku akademickim, poznał Alinę.
Pobrali się. W 1915 roku urodziła się ich córka – Irena. Ale świat nie dawał im wytchnienia. Wybucha I wojna światowa. Antoni trafia do wojska i walczy w Karpatach. Alina kończy studia w 1917 roku i niemal od razu zaczyna pracę w szpitalu polowym w Bobrujsku nad Berezyną. Później zostaje kierownikiem szpitala gminnego w Bacewiczach.
A potem – rewolucja w Rosji. Antoni, jako oficer, zostaje aresztowany. Spędza pół roku w więzieniu. Alina walczy o jego uwolnienie, szukając protekcji u… siostry Feliksa Dzierżyńskiego. Skutecznie.
Po pokoju ryskim w 1920 roku Erdmanowie wracają do Wilna. Antoni pracuje w Izbie Rolniczej. Alina – w Szpitalu Wojskowym na Antokolu, jako starszy asystent w uniwersyteckiej Klinice Ginekologiczno-Położniczej. Pracuje także w Szpitalu Kolejowym na Wilczej Łapie, współprowadzi prywatną klinikę, przyjmuje w Przychodni Lekarzy Specjalistów i w Szpitalu Miejskim św. Jakuba.
Jej specjalizacja? Ginekologia i położnictwo. Jej znak rozpoznawczy? Skuteczność, spokój i absolutne oddanie pacjentkom.
Wojnę spędzają w Wilnie. Ale jesienią 1945 roku wszystko się zmienia. Erdmanowie przyjeżdżają do Olsztyna. Miasto jest zniszczone. Brakuje sprzętu, lekarstw, personelu. Szerzą się epidemie. Już w maju 1946 roku doktor Alina Erdman, razem z doktorem Stanisławem Flisem, organizuje oddział ginekologiczno-położniczy we wspominanym Szpitalu Kolejowym na Zatorzu, przy ulicy Wyspiańskiego. Jesienią uruchamia poradnię dla kobiet w Poliklinice Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego przy obecnej ul. Jagiellońskiej 53 [9] – która rok później staje się pełnoprawnym oddziałem.
Przez lata jest ordynatorem obu oddziałów. W Poliklinice – do 1948 roku – jest jedynym lekarzem. Około 200 porodów rocznie. Od 1948 roku zaczynają się także poważne operacje. Pierwsza – 6 lutego 1949 roku, piętnaście minut po północy. Tylko w tym jednym roku pod jej kierunkiem wykonano jedenaście skomplikowanych zabiegów ratujących życie.
Warunki pracy poprawiają się w 1950 roku, gdy szpitale zostają przeniesione do budynków przy alei Wojska Polskiego. Kolejowy do wzniesionego w latach 30. XX w. dawnego szpitala ewangelickiego imienia Hindenburga przy Wojska Polskiego 30, a poliklinika pod adres Wojska Polskiego 37. Ale ona nie zwalnia tempa. Przyjmuje pacjentki w Przychodni PKP. Prowadzi prywatną praktykę. Szkoli pielęgniarki i położne. Wychowuje młodych lekarzy. Operuje. Ratuje. Oddziały, którymi kieruje, mają opinię najlepszych w województwie.
Mieszka przy ulicy Warmińskiej 17. Jest duszą towarzystwa, uwielbia ludzi, przyjmuje gości. Ale wystarczy jeden telefon – trudny poród, nagła operacja – i znika na Zatorze. Zdarzało się, że dorożkarz nie brał od niej pieniędzy. Motorniczy zatrzymywał tramwaj specjalnie dla niej.
Bo wszyscy wiedzieli, dokąd biegnie. I po co. Była w Olsztynie znana, szanowana i po prostu lubiana.
W 1959 roku, podczas uroczystości wręczenia Złotego Krzyża Zasługi w Teatrze imienia Stefana Jaracza, dostaje wylewu. Umiera sześć dni później. Pozostaje pamięć. I tysiące historii, które zaczęły się właśnie dzięki niej. Alina Erdamanowa została pochowana na zatorzańskim cmentarzu św. Józefa. [10]

Artyści plastycy w Olsztynie
Przypominając sobie relację Cecyli Vetulani z poszukiwań mieszkania w Olsztynie w 1945 r. przechodzimy do artystów, którzy również mierzyli się z problemem mieszkaniowym, tylko już w innym kontekście. Poważnym wyzwaniem artystów przybywających po wojnie do Olsztyna, był brak odpowiednich mieszkań. A właściwie – mieszkań-pracowni. Twórcy potrzebowali bowiem przestrzeni nie tylko do życia, ale i do pracy: dużej, jasnej, pozwalającej malować, rzeźbić, tworzyć.
W pierwszym powojennym dziesięcioleciu sytuacja była wręcz dramatyczna. Praktycznie żaden artysta nie dysponował własną pracownią. Część zdecydowała się na przeprowadzkę do okolicznych wsi pod Olsztynem, inni pracowali w ciasnych, ciemnych mieszkaniach, często dzielonych jeszcze ze współlokatorami. Takie warunki w oczywisty sposób nie sprzyjały ani twórczości, ani rozwojowi artystycznemu. Artyści wielokrotnie występowali do władz z postulatami uwzględnienia pracowni malarskich i rzeźbiarskich w nowo powstających blokach – szczególnie zabiegali o adaptację strychów. Niestety, przez długi czas niewiele to zmieniało.
W końcu sytuacja się poprawiła. Specjalne mieszkania-pracownie oddano do użytku, m.in. przy ulicy Limanowskiego. W budynkach pod numerami 5, 7 i 9 olsztyńscy artyści plastycy otrzymali lokale usytuowane na najwyższych kondygnacjach – w przeszklonych nadbudówkach – które łączyły funkcję mieszkalną z pracownią twórczą.
W 2017 roku na elewacji budynku przy ul. Limanowskiego 5 zawisła tablica upamiętniająca jego wybitnych mieszkańców. Widnieją na niej nazwiska znakomitych olsztyńskich artystów: Zofii Hermanowicz, Jana Ilkiewicza, Mirosława Smerka, Bogdana Stefanów, Mieczysława Romańczuka i Eugeniusza Jankowskiego. To miejsce nie zostało wybrane przypadkowo – wszyscy wymienieni artyści mieszkali i tworzyli właśnie w pracowniach znajdujących się w tym budynku.

Spośród tego grona zatrzymam się przy dwóch postaciach, których działalność rozpoczęła się w interesującym nas, pionierskim okresie tuż po II wojnie światowej. To Jan Ilkiewicz i Zofia Hermanowicz.
Związek Polskich Artystów Plastyków w Olsztynie zaczął działać w połowie 1946 roku, na podstawie pełnomocnictwa Zarządu Okręgu Pomorskiego w Bydgoszczy, który w tamtym czasie obejmował swoim zasięgiem także Olsztyn. W marcu 1955 roku Delegatura ZPAP w Olsztynie została przekształcona w Oddział, jednak nadal podlegała Bydgoszczy. Dlaczego? Statut ZPAP przewidywał utworzenie samodzielnego okręgu dopiero w momencie, gdy liczba członków przekraczała dziesięć osób. W Olsztynie było ich po prostu zbyt mało.
Pierwsze zebranie członków ZPAP w Olsztynie odbyło się w październiku 1946 roku. Do związku należały wówczas zaledwie trzy osoby, więc każda z nich pełniła konkretną funkcję. Przewodniczącym – a w kolejnych latach prezesem – został Hieronim Skurpski, sekretarzem Janina Zielińska, a trzecim członkiem był Jan Ilkiewicz, którego nazwisko widnieje dziś na tablicy przy Limanowskiego 5.
We wrześniu 1949 roku olsztyński ZPAP liczył pięciu członków, a w 1953 roku – dziewięciu. Liczba ta rosła stopniowo, ale tempo rozwoju było raczej powolne. Dopiero 1 marca 1955 roku władze Oddziału ZPAP w Olsztynie otrzymały pierwszą wspólną pracownię – przy ulicy Skłodowskiej-Curie.
Już w 1946 roku w Olsztynie odbyły się dwie wystawy plastyczne. Pierwszą otwarto 8 czerwca w Teatrze im. Stefana Jaracza. Zaprezentowano na niej prace ośmiu artystów, w tym dwóch członków ZPAP: Hieronima Skurpskiego i Janiny Zielińskiej. Drugą wystawę otwarto 15 grudnia 1946 roku na olsztyńskim zamku – i to właśnie tam po raz pierwszy pojawiły się prace Jana Ilkiewicza.
W 1947 roku zorganizowano kolejne dwie wystawy, w następnym roku również dwie, a w 1949 – już trzy. Od 1950 roku olsztyński ZPAP rozpoczął współpracę z Centralnym Biurem Wystaw Artystycznych. W marcu tego roku odbyła się wystawa prac grupy olsztyńskich plastyków: Zofii Hermanowicz, Janiny Zielińskiej, Hieronima Skurpskiego i Jana Ilkiewicza. Mamy więc dwa kluczowe dla tej opowieści nazwiska – Ilkiewicz i Hermanowicz. Przyjrzyjmy się im bliżej.
Jan Ilkiewicz, żyjący w latach 1916–1969, należy do najważniejszych twórców, którzy po II wojnie światowej współtworzyli środowisko artystyczne Olsztyna.
W 1936 roku ukończył Seminarium Nauczycielskie w Wilnie, a następnie rozpoczął studia na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Stefana Batorego. Po likwidacji wydziału w 1940 roku kontynuował naukę w Litewskiej Akademii Sztuk Pięknych. W czasie wojny został zesłany do obozu pracy w kopalni węgla kamiennego w Donbasie. Po powrocie z zesłania wrócił do Wilna, a latem 1946 roku przyjechał do Olsztyna.
Od samego początku aktywnie włączył się w tworzenie życia kulturalnego miasta. Brał udział we wszystkich najważniejszych wystawach olsztyńskiej plastyki od 1946 roku, co jasno pokazuje, jak istotną rolę odgrywał w kształtowaniu lokalnego środowiska artystycznego.
Był również cenionym pedagogiem. Uczył rysunku w szkołach średnich, prowadził zajęcia w ognisku plastycznym Wojewódzkiego Domu Kultury oraz w Studium Nauczycielskim w Olsztynie. Dydaktyka była jego prawdziwą pasją – potrafił rozbudzać wyobraźnię i rozwijać talent uczniów. Wśród jego wychowanków znaleźli się m.in. Henryk Mączkowski i Mieczysław Romańczuk, późniejsi znani twórcy sztuki regionalnej. Relacje Ilkiewicza z uczniami często miały charakter przyjacielski, co dodatkowo sprzyjało ich artystycznemu rozwojowi.
Pozostawił po sobie ponad pięćdziesiąt obrazów, z czego aż trzydzieści dwa znajdują się w zbiorach Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie. Był realistą – tworzył portrety, martwe natury, sceny rodzajowe oraz pejzaże budowane z prostych motywów: drzew, jezior, domów czy kapliczek. Wraz ze swoimi uczniami współtworzył również dekoracje ścienne i sgraffita na olsztyńskim Starym Mieście, łącząc sztukę z przestrzenią miejską.
Drugą ważną postacią jest Zofia Hermanowicz, urodzona w 1921 roku. W latach 1941–1948 studiowała we Francji – najpierw w Strasburgu, a następnie w Paryżu. Później, w latach 1949–1950, kontynuowała naukę na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.
W 1950 roku została przyjęta do olsztyńskiego ZPAP. W kolejnych latach pełniła funkcję wiceprezesa, a następnie skarbnika organizacji. Jej twórczość obejmowała szerokie spektrum technik i form. Dominowała grafika warsztatowa – przede wszystkim drzeworyt, linoryt i miedzioryt – ale zajmowała się także malarstwem sztalugowym i ściennym, projektowaniem pocztówek, ekslibrisów oraz ilustracją książkową. Współpracowała z wydawnictwami takimi jak Czytelnik czy Pojezierze.
Jej ilustracje zdobiły m.in. tomy baśni i opowiadań. Przykładem są ilustracje do książki Nad jeziorem bajka śpi autorstwa Maryny Okęckiej-Bromkowej, w których z dużą precyzją oddała baśniowy klimat Warmii i Mazur.
W latach pięćdziesiątych XX wieku Zofia Hermanowicz odbyła podróże artystyczne do Francji, Szwajcarii, Belgii i Rumunii. Kontakty z europejskimi środowiskami artystycznymi poszerzyły jej horyzonty i znalazły odzwierciedlenie w twórczości, łączącej wrażliwość formalną z narracją i inspiracjami folklorem.
Jej prace pojawiały się na aukcjach i w katalogach sztuki, co świadczy o nieustającym zainteresowaniu jej dorobkiem i o jego wartości artystycznej. Choć nie zawsze szeroko znana publiczności, Zofia Hermanowicz pozostawiła po sobie bogatą spuściznę – zwłaszcza w dziedzinie ilustracji książkowej i grafiki – stanowiąc ważny głos w polskiej sztuce XX wieku.
Olsztyn – repatrianci z Wołynia [11]
W Olsztynie pojawiali się także tzw. repatrianci z Wołynia. Pierwszy transport przesiedleńców – rodzin z Ukrainy, z Wołynia, z miasta Sarny przyjechał do Olsztyna 10 maja 1945 roku. Był to pierwszy transport z tzw. Kresów. Wołyniacy zastali Olsztyn wyludniony, zniszczony i niemal pozbawiony życia cywilnego .
Już w dniu przyjazdu przesiedleńców przejął Państwowy Urząd Repatriacyjny. Rodziny z Sarn skierowano do domów na Zatorzu – m.in. przy dzisiejszych ulicach Rataja (dawniej Stärkenthaler Weg czyli droga Starkowska, od nazwy osiedla Starkowo, Stärkenthal)) i Bydgoskiej (Bromberger Straße). Osiedlano ich w bliźniaczych domach dwurodzinnych. Dwanaście rodzin zamieszkało przy ul. Rataja, pięć przy ul. Bydgoskiej, kolejne rodziny trafiły m.in. do gospodarstwa za obecną ul. Abramowskiego oraz do wsi Kieźliny nad Wadągiem. Z dawnych mieszkańców w tej części miasta pozostała tylko jedna osoba – starsza kobieta z czworgiem wnuków, znana wszystkim jako „babcia Zielińska”.
Jeden z zajętych przez Wołyniaków domów należał wcześniej do niemieckiego kolejarza, maszynisty Dammera. Dom był ograbiony, bez kanalizacji, z wygódką na podwórzu, a wnętrza zasypane pierzem po rozprutych pierzynach, które szabrownicy uznali za mniej wartościowe. Przez dwa dni nowi mieszkańcy wynosili i palili pierze, by w ogóle móc zamieszkać. Wodę czerpano z rowu melioracyjnego płynącego przez ogródki. W piwnicy, pod warstwą pierza, odkryto zapas ziemniaków. Jedyną „pozostałością” po dawnych właścicielach była kotka, która szybko zaakceptowała nowych lokatorów i otrzymała imię Damerka.
Najdotkliwszy był brak chleba. Ten problem również rozwiązano własnym sumptem: wyprawiono się do opuszczonej stodoły w Kieźlinach, gdzie znaleziono cep i wymłócono zboże. Ziarno zmielono na żarnach przywiezionych z Kresów przez jednego z zapobiegliwych przesiedleńców. W jednym z domów znajdował się piec chlebowy, dzięki czemu można było upiec chleb – także dla sąsiadów, którzy pieców nie mieli.
W tym samym czasie w Olsztynie przebywali już delegowani z Polski centralnej urzędnicy i pracownicy, m.in. wspominani kolejarze z Białegostoku, którzy przyjechali bez rodzin i nie byli pewni, czy zostaną na stałe. Miasto było niemal puste – poza sowieckimi patrolami nie spotykało się ludzi, szczególnie kobiet i dzieci. To dopiero przesiedleńcy z Kresów, przybyli całymi rodzinami i bez możliwości powrotu, przywrócili Olsztynowi codzienne życie.
W kolejnych dniach do miasta docierały następne transporty – z Wołynia (Łuck) i 27 maja z Wileńszczyzny (Święciany). Wśród przesiedleńców ze Święcian byli nauczyciele, którzy założyli pierwszą po wojnie polską szkołę średnią w Olsztynie – dzisiejsze LO nr 1.
Pod koniec 1945 roku do jednego z repatriantów odezwał się nagle ks. proboszcz z Sarn Jan Lewiński. Ks. Lewiński od 1913 roku pełnił funkcję proboszcza parafii w Winnicy na Podolu, której wierni gromadzili się w kościele ojców kapucynów. Należał do najbardziej rozpoznawalnych i cenionych duchownych rzymskokatolickich w tej części regionu. Cieszył się dużą sympatią wiernych, a jednocześnie aktywnie uczestniczył w kształtowaniu postaw patriotycznych wśród Polaków. Działał w tzw. „klubie polskim” w Winnicy – miejscu spotkań Polaków z całego Podola. Jako proboszcz był naocznym świadkiem upadku caratu, wydarzeń rewolucyjnych oraz wojny domowej.
W 1920 roku osobiście witał oddziały Józefa Piłsudskiego zmierzające na Kijów, a także odprawił Mszę świętą w jego intencji i z jego udziałem. Ks. Jan Lewiński obserwował również grabież kościelnych kosztowności dokonywaną przez władze radzieckie oraz nasilające się represje wobec ludności polskiej. W 1930 roku został aresztowany i skazany na karę śmierci przez rozstrzelanie. Od egzekucji ocaliła go wymiana jego oraz innych więźniów na radzieckich agentów, przeprowadzona pomiędzy władzami Polski i Związku Sowieckiego [12].
Jak się okazało ks. Lewiński wyjechał z Sarn jednym z ostatnich transportów, przesiedlił się do Łodzi. Przed transportem pierwszej grupy z Sarn ks. proboszcz rozdał wyjeżdżającym część szat i naczyń liturgicznych. Teraz polecił jednemu z nich jako byłemu ministrantowi, aby przywiezione rzeczy zebrał i przekazał za pokwitowaniem jednemu z olsztyńskich kościołów. Wybrał on kościół Serca Jezusowego. Bezcenne pamiątki, sukcesywnie odbierając je od poszczególnych przesiedleńców, przekazał ks. Alfonsowi Wardeckiemu, ówczesnemu proboszczowi tej parafii (25 grudnia 1945, 20 stycznia i 4 lutego 1946).
Wśród paramentów liturgicznych znajdowała się duża, piękna, barokowa monstrancja, pochodząca z Winnicy na Ukrainie. Dziś można ją oglądać w Muzeum Archidiecezji Warmińskiej w Olsztynie, a jej historia splata się z rokiem 1945 i jest pamiątką po powojennych przesiedleniach ludności.

Po śmierci ojca jednego z Wołyniaków w 1961 roku, podczas porządkowania sąsiedniego grobu na cmentarzu przy kościele św. Józefa, odkryto nazwisko poprzedniego właściciela domu – Dammer, maszynista parowozowy. W ten sposób dawny niemiecki gospodarz i powojenny przesiedleniec ze Wschodu spoczęli obok siebie.
Cmentarz św. Józefa – Franciszek Ksawery Ostrowski [13]
Na cmentarzu św. Józefa znalazło miejsce spoczynku wielu osadników i repatriantów, dzięki którym powojenny Olsztyn wrócił do życia.
Teraz czas na historię człowieka, którego życie splata się z wielką historią Europy Środkowo-Wschodniej. Żołnierz trzech epok. Ofiara imperiów. Oficer, dowódca, urzędnik, repatriant. Franciszek Ksawery Ostrowski.
Urodził się 15 grudnia 1866 roku… daleko od Polski. W wiejskiej osadzie Jekaterinogradskaja, na Kaukazie, w Imperium Rosyjskim. I już sam ten fakt wiele mówi. Jego ojciec – Mieczysław Ostrowski – był lekarzem wojskowym, ale też powstańcem styczniowym z 1863 roku i zesłańcem. Matka, Karolina z Szafkowskich, pochodziła ze szlachty. Polskość w tym domu była dziedzictwem, nie przywilejem.
Po zesłaniu rodzina wraca bliżej dawnych stron – do Rakowa koło Mińska. Młody Franciszek wybiera drogę, która dla wielu Polaków w imperium była jedyną możliwą: karierę wojskową w armii rosyjskiej. Kończy szkołę kadetów w Połocku, potem prestiżową Konstantynowską Szkołę Wojskową w Petersburgu. W 1887 roku zostaje podporucznikiem piechoty. Trafia na Kaukaz, do 4. batalionu Strzelców Kaukaskich w Tyflisie.I zaczyna się życie żołnierza imperium:
– wyprawa do Afganistanu,
– wojna rosyjsko-japońska,
– awans na kapitana.
Ale prawdziwą próbą jest I wojna światowa. Ostrowski dowodzi batalionem, potem pułkiem. Walczy na froncie niemieckim – także na ziemiach Prus Wschodnich, od Giżycka po Suwałki. Dwukrotnie zostaje ranny. Krew przelewa pod Lenkehlischken – dzisiejszym Gogolewskoje – i później w grudniu 1914 roku.
W 1916 roku ma już stopień pułkownika. Rok później dokonuje wyboru, który dla wielu oficerów był momentem prawdy. Przechodzi do I Korpusu Polskiego. Przez krótki czas dowodzi 3. Pułkiem Strzelców Polskich, potem 1. Pułkiem Strzelców 1 Dywizji Strzelców Polskich.
Walczy z bolszewikami – pod Toszczycą i Rohaczewem. To już nie wojna cudza. To walka o przyszłość Polski. Po demobilizacji korpusu trafia do Królestwa Kongresowego. Gdy w listopadzie 1918 roku Polska ogłasza niepodległość – Ostrowski natychmiast zgłasza się do Wojska Polskiego. I znów jest na froncie. Dowodzi samoobroną suwalską. Później Grodzieńskim Pułkiem Strzelców. A następnie II Brygadą Piechoty 1 Dywizji Litewsko-Białoruskiej. Ciężkie walki z bolszewikami, Leple, Berezyna, Oressa, Usza. To wtedy jego nazwisko na trwałe zapisuje się w historii dywizji.
Dowódca dywizji, generał Józef Lasocki, napisze o nim wprost: „zalety umysłu i serca”, „uznanie przełożonych”, „świetne czyny bojowe”. To nie są kurtuazyjne słowa. To żołnierskie świadectwo. Po wojnie Ostrowski przechodzi do pracy administracyjnej w wojsku. W 1923 roku zostaje zweryfikowany jako generał brygady. Niedługo później odchodzi w stan spoczynku.
Osiedla się najpierw w Ilji koło Wilejki – tam współtworzy kaplicę-mauzoleum powstańców styczniowych. Symboliczna klamra historii jego rodziny. Potem Wilno. Działalność społeczna, akademicka, finansowa. Honorowy filister Filomatii Vilnensis – Polskiej Korporacji Akademickiej zrzeszającej studentów i absolwentów Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Członek Rady Głównej Polskiej Centralnej Kasy Kredytu Bezprocentowego. I znów historia przyspiesza. II wojna światowa.
Początkowo utrzymywał się z oszczędności, potem pracował jako dozorca nocny w Izbie Handlowej w Wilnie. Skromne życie człowieka, który wcześniej dowodził brygadą. Aby wrócić do Polski – zapisuje się do Związku Patriotów Polskich.
Od 1946 roku mieszka w Olsztynie na ul. Jagiellońskiej. Pracuje jako urzędnik w Dyrekcji Przedsiębiorstw Miejskich. Bez splendoru. Bez orderów na co dzień. Umiera 22 grudnia 1957 roku. Spoczywa na cmentarzu św. Józefa w Olsztynie. Odznaczony Medalem Niepodległości. Dwukrotnie żonaty. Ojciec Barbary, która umiera bardzo młodo.
Wilnianie w Olsztynie
Jak widać na Zatorzu zamieszkało wielu przesiedleńców z Wileńszczyzny. Ich obecność do dziś zaznacza się w przestrzeni dzielnicy. W latach 50. XX wieku, w lewej części nawy poprzecznej kościoła Św. Józefa, stanął ołtarz Matki Bożej Ostrobramskiej. Była to inicjatywa Wilnian, którzy po II wojnie światowej licznie osiedlili się na Zatorzu. Warto dodać, że ówczesnym proboszczem parafii był również wilnianin – ks. Władysław Małachowski.
Śmierć ks. Bernarda Klementa [14]
Wspominając kościół św. Józefa, nie sposób pominąć tragicznych losów jednego z jego proboszczów – ks. Bernarda Klementa, który poniósł męczeńską śmierć.
Jest niedziela, 21 stycznia 1945 roku. Po południu i wieczorem olsztyńskie Zatorze pustoszeje w pośpiechu. Wieść o nadciągającym froncie rozchodzi się szybko — szybciej niż oficjalne komunikaty. W nocy z 21 na 22 stycznia Armia Czerwona zajmuje południową część Olsztyna. Zatorze jeszcze nie jest zajęte.
Stoi tu, całkiem niedawno wzniesiony, kościół św. Józefa. Jest też jego proboszcz. Ks. Bernhard Klement ma 57 lat. Podobnie jak inni proboszczowie olsztyńskich parafii — nie decyduje się na ewakuację. Tego samego dnia, w niedzielne popołudnie, odprawia mszę świętą. W kazaniu nawołuje do pozostania w Olsztynie. Mówi spokojnie. Bez patosu. Parafianie zapamiętają te słowa. To wtedy widzą go żywego po raz ostatni.
Z relacji ks. Ernsta Hoppego wiemy, że noc z 21 na 22 stycznia obaj duchowni spędzają w podziemiach kościoła. Tam urządzono prowizoryczny schron. W pewnym momencie ks. Klement otrzymuje propozycję ewakuacji. Niemcy oferują samochód. Odmawia.
Po pewnym czasie ostrzał Zatorza słabnie. Księża przenoszą się na plebanię. Około godziny pierwszej trzydzieści w nocy dociera do nich informacja: z jednostki przy ulicy Jagiellońskiej wkrótce wyruszą zmotoryzowane transporty w stronę Dobrego Miasta. To kolejna okazja do wyjazdu. Ks. Klement znów z niej nie korzysta.
Rano księża jedzą posiłek. Wracają do krypt kościoła. Około ósmej niemieccy żołnierze pojawiają się w podziemiach. Nakazują ewakuację. Jednocześnie zaczynają zaminowywać teren. W tym momencie drogi duchownych się rozchodzą. Ks. Hoppe opuszcza miasto. Ks. Klement zostaje — na plebanii, razem ze swoją siostrą. Jest godzina 8.30, 22 stycznia 1945 roku. Wiemy jedno: proboszcz parafii św. Józefa jeszcze żyje.
Co wydarzyło się później — nie jest do końca jasne. Po południu, od strony dworca kolejowego na Zatorze wjeżdżają radzieckie czołgi. Najprawdopodobniej nie zatrzymują się przy kościele. Wkrótce potem na teren dzielnicy wkraczają oddziały 23. Pułku Kawalerii Gwardii. Rozpoczynają systematyczne przeszukiwanie ulic. Według najbardziej prawdopodobnej rekonstrukcji wydarzeń ks. Bernhard Klement przebywa wtedy w prezbiterium kościoła św. Józefa. Tam zostaje śmiertelnie ranny.
Jeszcze w maju 1945 roku w prezbiterium widoczna jest plama zastygłej krwi.
Ranny kapłan zdoła zejść do piwnic plebanii. Tam umrze. Jego ciało zostanie odnalezione dopiero po kilku dniach. Zaniepokojony brakiem informacji ks. Jan Hanowski, proboszcz parafii św. Jakuba, wysyła na Zatorze zaufanego człowieka. To on znajduje zwłoki.
Istnieje też inna wersja wydarzeń. Według niej ks. Klement mógł zginąć z rąk wycofujących się hitlerowców — za niepodporządkowanie się rozkazowi ewakuacji i wcześniejsze nawoływanie wiernych do pozostania w mieście. Ta wersja nigdy nie została jednoznacznie potwierdzona. Ale też nigdy nie została wykluczona.
Ks. Bernhard Klement zostaje pochowany 30 stycznia 1945 roku na cmentarzu parafialnym św. Józefa. Pogrzebu dokonuje ojciec Gilbert Pawletta – franciszkanin z sąsiedniego kościoła. W ewidencji odnotowuje sam fakt pochówku — bez daty i bez przyczyny zgonu. Na nagrobku jako data śmierci widnieje: 22 stycznia 1945 roku. W latach osiemdziesiątych szczątki kapłana zostały ekshumowane i przeniesione na cmentarz komunalny przy ulicy Poprzecznej.

Kościół św. Józefa i plebania pojawiają się w kadrach radzieckiego filmu propagandowego „W legowisku Zwierza” obrazującego zdobywanie Prus Wschodnich. Kamera rejestruje mury. Nie rejestruje tego, co się w nich wydarzyło.
Świątynia pozostaje zamknięta przez kolejne miesiące. Jeszcze 25 marca 1945 roku ojciec Pawletta zapisze krótko: „Kirchen waren noch geschlossen”. Kościoły były jeszcze zamknięte. Otwarcie nastąpi dopiero w lipcu.
Bernhard Klement urodził się w 1888 roku w Butrynach. Był kapelanem wojskowym, budowniczym parafii św. Józefa, jej pierwszym proboszczem. W czasach nazistowskich stanął przed sądem za krytykę NSDAP. W styczniu 1945 roku mógł wyjechać. Został. A odpowiedź na pytanie, kto i kiedy zadał mu śmiertelny cios, pozostała w murach kościoła.
Magda Malinowska – przewodnik po Olsztynie, Warmii i Mazurach
Pozostałe artykuły/podcasty o Zatorzu:
Olsztyńskie Zatorze – szlakiem secesji
[1] Stanisław Achremczyk, Historia Warmii i Mazur, t. II: 1772-2018, Olsztyn 2018, s. 1047-1048.
[2] Czesław Browiński, Olsztyn 1945-1970, Olsztyn 1974, s. 11-12.
[3] Cecylia Vetulani, Pionierzy i zabytki, Olsztyn 1972, s. 46-47.
[4] Cecylia Vetulani, Pionierzy i zabytki, Olsztyn 1972, s. 100-101.
[5] Stanisław Piechocki, Dzieje olsztyńskich ulic, Olsztyn 1998, s. 252.
[6] Katarzyński Jan „Kto miał olej, szedł na kolej”, autor: Władysław Katarzyński, s. 107-108, w: Czas pionierów, opowieści z okazji 75-lecia przybycia osadników na Warmię i Mazury, Olsztyn 2020.
[7] Andrzej Skrobacki, Album lekarzy-pionierów Okręgu Mazurskiego 1945-1946, Olsztyn 1980, s. 9.
[8] Tadeusz Matulewicz, Wileńskie rodowody, Olsztyn 2005, s. 10-15.
[9] Andrzej Skrobacki, Album lekarzy-pionierów Okręgu Mazurskiego 1945-1946, Olsztyn 1980, s. 14.
[10] Tadeusz Matulewicz, Wileńskie rodowody, Olsztyn 2005, s. 64-67.
[11] https://muzeum.olsztyn.pl/kresowiacy/img/Pepol/wspomnienia/album/korzenie1945.pdf
[12] https://ipn.gov.pl/pl/aktualnosci/68770,Otwarcie-wystawy-Rozkaz-nr-00485-Antypolska-operacja-NKWD-na-sowieckiej-Ukrainie.html
[13] https://www.fundacja100.pl/krzyz-i-medal-niepodleglosci/lista-odznaczonych/franciszek-ksawery-ostrowski-0
[14] Stanisław Piechocki, Olsztyn styczeń 1945: portret miasta, Olsztyn 2000.
