• Start
  • O nas
  • Oferta
  • Inspiracje. Warmia i Mazury | Przewodnik
  • Rekomendacje
  • Galeria
  • Kontakt
  • Start
  • O nas
  • Oferta
  • Inspiracje. Warmia i Mazury | Przewodnik
  • Rekomendacje
  • Galeria
  • Kontakt

Blog Post

Opowieści zza torów – olsztyńskie Zatorze

26 mar 2026
2 komentarze
Magda
fischer, kolej, kolejowa, limanowskiego, naujack, olsztyn, toffel, zatorze, żeromskiego

Nasz kolejny spacer po olsztyńskim Zatorzu zaczynamy na skwerze na rogu ulic Limanowskiego i Żeromskiego. Dzisiejsza Limanowskiego została wytyczona ok. 1909 r. Nazywała się wtedy Groblą Hohenzollernów (Hohenzollerndamm) i sięgała jedynie do narożnika z dzisiejszą Niedziałkowskiego. Dalsza część jej zabudowy powstała dopiero w latach 20. i 30. w charakterystycznym dla tego okresu stylu – modernizmie.

WERSJA AUDIO >> SŁUCHAJ PODCASTU cz. I

CZĘŚĆ II >> WERSJA AUDIO >> SŁUCHAJ PODCASTU 

Ulica została zaprojektowana z rozmachem – otrzymała większą nić zwykle szerokość, jezdnie rozdzielił pas zieleni. Obie strony zostały obsadzone ok. 1910 r. kasztanowcami, przez co po wojnie nazywano ją Kasztanową Aleją. Do naszych czasów z tych pierwszych nasadzeń ostało się zaledwie kilka drzew. W czasach hitlerowskich w drugiej połowie lat 30. ulica otrzymała nazwę Hermann-Goering-Strasse. Po wojnie w połowie 1946 roku krótko nosiła nazwę Włodzimierza Zagórskiego, syna powstańca styczniowego i sybiraka Jana Zagórskiego i rosyjskiej księżnej Anny Kozłowej.

Skrzyżowanie ulic Kolejowej, Żeromskiego i Zientary-Malewskiej wyglądało pierwotnie inaczej niż dziś. Najstarsze domy stały na początku ulicy, do skrzyżowania z Niedziałkowskiego. Przed wybuchem I wojny światowej przy Limanowskiego zabudowanych było 13 parceli. Do dziś zachowała się tylko jedna z tych najstarszych kamienic – pod adresem Niedziałkowskiego 1. Jeszcze w latach 50. XX w. u zbiegu Limanowskiego i Niedziałkowskiego działała stara kuźnia, a obok był postój dorożek konnych.

SKLEP CARLA SANIO

Co przychodzi Wam do głowy, kiedy słyszycie hasło „sklep z artykułami dla panów”? Taki właśnie sklep działał na początku XX wieku w narożnej 3-piętrowej kamienicy przy skrzyżowaniu dzisiejszych ulic Limanowskiego i Żeromskiego. Prowadził go Carl Sanio. Spróbujmy wyobrazić sobie, co można było tu kupić.

Po pierwsze – oczywiście cygara. Na początku XX wieku były one dla mężczyzn czymś więcej niż tylko używką. Stanowiły ważny symbol statusu społecznego, zamożności, męskości i stylu życia. Często towarzyszyły rozmowom biznesowym, politycznym czy towarzyskim. Cygaro było wówczas popularnym towarem luksusowym – dostępnym jednak już nie tylko dla elit, lecz także dla zamożniejszej klasy średniej.

Po drugie – kapelusze. Meloniki, bardzo popularne w miastach, kaszkiety noszone przez robotników oraz cylindry przeznaczone do wieczorowych, formalnych strojów.

Przy okazji męskich nakryć głowy od razu przypominają mi się perypetie Alojzego Śliwy (1885–1969). Śliwa – znany pod pseudonimem Kuba spod Gietrzwałdu – był prozaikiem, poetą, publicystą i działaczem społecznym, rodowitym Warmiakiem, z zawodu krawcem. W swojej książce „Spacerki po Olsztynie” (wydanej w 1967 roku) wspomina bal krawców, który odbył się na początku XX wieku w „Domu Kopernika”, późniejszej powojennej restauracji „Pod Żaglami” przy ulicy Pieniężnego.

Pisał tak:
„Na ów bal krawców trzeba było obowiązkowo wyplichnąć się w cylinder, tak zwany szapoklak. Panował on wówczas wszechwładnie na wciórkich tego rodzaju zabawach, przyjęciach, weselach. I ja, acz niechętnie, na moim weselu w roku 1914 w Berlinie zmuszony byłem ustroić się w to nakrycie głowy, w czym – jak niektórzy weselnicy twierdzili – miałem wyglądać niezbyt wesoło. No ale cóż, jak moda to moda!
Zdobycie cylindra na ową zabawę naraziło mnie na nie lada kłopot. Kupić go – to na moją chudą kieszeń za wielki wydatek. Jedynym wybrnięciem z tej przykrej sytuacji było zdobycie go drogą pożyczki… (…) Udałem się do tego handlarza w mojej ciężkiej potrzebie i nie zawiodłem się, gdyż cylinder otrzymałem za niewysoką opłatą.

Gdy następnego dnia po balu, dobrze wypoczęty, zbudziłem się ze snu i sięgnąłem po ów utrapiony cylinder – struchlałem. O zgrozo! Ujrzałem w nim sporą dziurę wypaloną prawdopodobnie papierosem. Skutek był taki, że musiałem potem cały koszt kapelusza zapłacić – na raty, ponieważ na jednorazowy wydatek 10 marek nie pozwalał mi mój szczupły zarobek. Taki żałosny epilog przyniosła mi moja pierwsza zabawa w Olsztynie. No, ale »cierp ciało, coś chciało«!…”[1].

Mamy już cygaro i kapelusz. Czas na laskę – elegancki dodatek do stroju spacerowego. Wystarczy przyjrzeć się panom na starych fotografiach wykonanych w plenerze na początku XX wieku: laska w dłoni to bardzo częsty atrybut.

Jakie jeszcze artykuły dla panów można było kupić w takim sklepie? Na przykład trzyczęściowe garnitury złożone z marynarki, kamizelki i spodni – te najczęściej miały wysoki stan. Koszule wyposażone były w usztywniane, często odpinane kołnierzyki, co ułatwiało ich pranie. W sprzedaży były zapewne także krawaty i muszki, modne wówczas szale, szelki – zamiast pasków, które były mniej popularne – oraz rękawiczki, skórzane lub materiałowe. Elegancki pan nosił również spinki do mankietów i szpilki do krawatów, drobne elementy podkreślające styl. Nie mogło zabraknąć bielizny: długich kalesonów, podkoszulków z długim rękawem czy skarpet – zazwyczaj długich, sięgających kolan. W asortymencie znajdowały się także pomady i olejki do włosów, pozwalające uzyskać modną, gładko zaczesaną fryzurę.

Możecie zapytać, czy mieszkańców Zatorza było stać na takie stroje. Niektórych z pewnością tak. Przed innymi życie stawiało wyzwania związane z obowiązującymi konwenansami. W gruncie rzeczy niewiele się zmieniło. Dziś również niemal każdy mężczyzna ma w szafie garnitur – nawet jeśli zakłada go tylko kilka razy w życiu.

Kamienica czynszowa, na parterze której Carl Sanio prowadził swój sklep z artykułami dla panów, spłonęła w 1945 roku, podpalona przez Armię Czerwoną. Dziś w jej miejscu stoją budynki mieszkalne z użytkowymi parterami – Limanowskiego 1 i 3 – wzniesione w latach 1959–1961 w miejscu uprzątniętych ruin. Przez pewien czas działał tu jeden z nielicznych wówczas w Olsztynie sklepów samoobsługowych „Pod kasztanami”, wyróżniający się wielką neonową reklamą.

Na początku lat 60. XX w. pod numerami 5, 7 i 9 olsztyńscy artyści plastycy otrzymali usytuowane na ostatnich piętrach, w przeszklonych nadbudówkach, mieszkania lokatorskie połączone z pracowniami twórczymi. Temat ten podejmowałam TU (kliknij). Zamieszkali tu także przedstawiciele olsztyńskiej inteligencji, wyżsi urzędnicy, sędziowie prokuratorzy, nauczyciele i członkowie struktur ówczesnej władzy.

Pod numerem 13 od 1962 roku funkcjonowała eksperymentalna w skali miasta ekspresowa pralnia chemiczna, wyposażona w nowoczesny agregat do prania na sucho. Można było na poczekaniu wyczyścić ubranie. Pod numerem 15 działał słynny w Olsztynie w latach 60.-70. salon odzieżowy „Elegant”, przed którym na bulwarze urządzano nawet plenerowe pokazy mody.

Ulicą Limanowskiego jeździły trolejbusy – ich końcowy przystanek znajdował się na rondzie u zbiegu ulic Limanowskiego z Jagiellońską. Rondo to zbudowano w 1963 roku i było to pierwsze rondo w Olsztynie. Linia nr 3 jeździła do Kortowa, a 4 na Kolonię Mazurską. Trolejbusy zniknęły na przełomie lat 60./70.

Ulica Limanowskiego zasadniczo zmodernizowana została w pierwszej połowie lat 60. XX w. Powstało nie tylko wspominane rondo, ale też nowy wiadukt nad torami. Ulicę Limanowskiego przebudowano ponownie także w latach 90. XX w., likwidując rondo czy wysepkę przy bulwarze niedaleko wiaduktu.

Na początku lat 90. zupełnie zmienił się krajobraz zbiegu ulicy Limanowskiego z Żeromskiego. Po jednej stronie Żeromskiego powstał ciąg pawilonów usługowo-handlowych. Wyburzono też kompleks starych baraków dawnych warsztatów kolejowych – w tym miejscu i na terenie dawnych ogrodów postawiono szereg niewysokich kamienic mieszkalnych z użytkowymi parterami. Na ich zapleczu, w miejscu pchlego bazaru i targowiska, w latach 90. XX zbudowano, dziś nieczynną, miejską halę targową „Zatorzanka”.

TOFFEL i ZATORZE

Kiedy mówimy o historii Zatorza, bardzo szybko trafiamy na nazwisko, które w tej części Olsztyna pojawia się wyjątkowo często. Toffel. A właściwie cała rodzina Tofflów – mistrzów murarskich i przedsiębiorców, którzy współtworzyli gospodarcze życie miasta w drugiej połowie XIX i na przełomie wieków XIX/XX.

Jedną z ciekawszych postaci był Mathias Toffel – mistrz murarski i biznesman. Na Zatorzu zbudował co najmniej dwa budynki, które były jego własnością. Wille stały przy ulicy Kolejowej, czyli Eisenbahnstrasse, tuż obok wiaduktu nad torami kolejowymi. Wiadukt powstał w 1887 roku i był ważnym elementem komunikacyjnym łączącym Zatorze z resztą miasta. Domy Toffla zlokalizowane były blisko dworca kolejowego, przy trakcie wartemborskim prowadzącym do Barczewa.

W 1899 r. właścicielką obu domów była wdowa po mistrzu murarskim Katharina Toffel, zamieszkująca pod nr 17. Walter, syna Mathhiasa, odnotowany jest jako właściciel obu nieruchomości w 1903 r.

Do dziś zachował się tylko jeden z tych budynków. Stoi przy ulicy Kolejowej 16. Powstał w 1889 roku i jest bardzo charakterystyczny – jego elewacje są bogato zdobione detalem klasycyzującym, co jak na tę część miasta było wówczas dość reprezentacyjne. To jeden z najstarszych zachowanych domów na Zatorzu. W kolejnych latach właściciele domu nr 16 często się zmieniali. Kto mieszkał w tym domu w 1899 roku? Pracownicy kolei.

Drugi dom – pierwotnie bliźniaczy wobec pierwszego – już nie istnieje. Stał obok i był gotowy już w 1892 roku. W 1908 roku kupił go Adolf Fischer, który prowadził tu sklep z delikatesami i towarami kolonialnymi. Fischer przebudował budynek i urządził w nim restaurację oraz hotel.

HOTEL FISCHER

Tak powstał Hotel Fischera, który działał w latach 1909–1945. Był to jeden z najmniejszych hoteli w Olsztynie. W 1938 roku oferował zaledwie 14 miejsc noclegowych, a właścicielem był już Ewald Fischer. Miejsce przyciągało gości prostą obietnicą: tanie i czyste pokoje. A dokładniej – były to podobno najtańsze noclegi w mieście. Lokalizacja była idealna: blisko dworca i przy szosie wartemborskiej prowadzącej do Barczewa i dalej.

Sam budynek był czymś więcej niż tylko hotelem. Funkcjonowały tu: restauracja, sala bilardowa, a także sklep sprzedający towary kolonialne, delikatesowe, monopolowe, cygara, galanterię i artykuły metalowe.

Po wojnie budynek nadal stał. Działał tu krótko Hotel Mazur. Potem pomieszczenia na pierwszym i drugim piętrze przerobiono na mieszkania, a na parterze ulokował się apteka mgr. Ottona Fajertaga. Po upaństwowieniu aptek lokal przerobiono na piwiarnię, potem cukiernię i ciastkarnię, by finalnie otworzyć cieszący się popularnością, choć owiany niekonieczne dobrą sławą bar Zatorze.

BAR ZATORZE

Bar Zatorze był „… niezbyt szczęśliwie zlokalizowany, gdyż podochoceni goście nieraz zakłócali spokój mieszkańcom Zatorza, zwłaszcza powracającym wieczorem przez wiadukt do swoich mieszkań w tej części okolicy” – pisze Czesław Browiński w książce „Olsztyn 1945-1970” [2].

Niektórzy o barze Zatorze mówią wprost – mordownia . Klimat tego typu lokali świetnie oddaje wpis na jednym z internetowych forów. Autor podpisał się jako „szyszkerdt”. Co prawda mówi o innym miejscu, jednak mam wrażenie, że w barze Zatorze panowała podobna atmosfera.
Wspomina: „Każde miasto miało swoje mordownie. Jadąc starą Warszawską przypomniałem sobie, że kiedyś (…) w barze kat. IV „Pod Kogutem” toczyło się „prawdziwe życie”. Miałem wtedy może z 10-12 lat. Zabrał mnie tam kolega, który szukał swojego ojca. Wrażenie zostało do dziś. Zapamiętałem jaja w majonezie, zeschnięty ser w kostkach na wyszczerbionych talerzach „Społem” i krew na ścianach, wielką bufetową i betonowe lady, których nie można było przewrócić. I ta woń, woń zupełnie nieporównywalna z niczym. Kultura menelska zanikła z nadejściem „nowych czasów”. (…) Knajpy wiele mnie nauczyły. To prawdziwa szkoła” [3].

Ostatecznie budynek baru Zatorze został wyburzony na przełomie lat 70. i 80. XX wieku. Dziś w tym miejscu stoją pawilony handlowe pobudowane w latach 90.

TOFFEL i ZATORZE

Wracamy na olsztyńską ulicę Kolejową i do rodziny Tofflów. Mathias Toffel był mistrzem murarskim i jedną z najbardziej znanych postaci XIX-wiecznego Olsztyna. W latach 1866–1869 pełnił zaszczytną funkcję przewodniczącego rady miasta. Dom rodzinny Tofflów stał przy dzisiejszej ulicy Dąbrowszczaków 12. Był to jeden z pierwszych budynków wzniesionych w tej części miasta. Dziś znajduje się tu siedziba Prokuratury Okręgowej.

Mathias Toffel zasłynął jako budowniczy Hotelu Deutsches Haus, powstałego w latach 1879–1880. Przez cały czas swojego istnienia, mimo, że potem przebudowany, był to jeden z najlepszych adresów noclegowych w Olsztynie. Hotel stał na rogu dzisiejszych ulic Dąbrowszczaków i Piłsudskiego. Toffel jako murarz zasłużył się także przy budowie zespołu rzeźni miejskiej w 1880 roku. Był również głównym wykonawcą powstałego w 1877 kościoła ewangelicko-augsburskiego.

Rodzina Tofflów prowadziła także różne inne przedsięwzięcia gospodarcze. W tylnej części posesji hotelu Deutsches Haus działała parowa fabryczka wódek, likierów i wody mineralnej, prowadzona przez Waltera Toffla, syna Mathiasa.

Walter miał też tartak na Zatorzu, który znajdował się w rejonie dzisiejszych Żeromskiego, Sienkiewicza i Limanowskiego. Zakład spłonął w 1902 roku, a w jego miejscu zbudowano później kolejne domy kolejowe. Z kolei Catharina Toffel, wdowa po Mathiasie, zarządzała cegielnią na Zatorzu.

I to dobrze pokazuje charakter tej dzielnicy w tamtym czasie. Zatorze przez długi czas miało półindustrialny charakter – obok domów mieszkalnych działały tu tartaki i cegielnie, które należały do istotnych przedsiębiorstw Olsztyna końca XIX wieku. A pokładów gliny tu nie brakowało.

Tofflowie pozostawili na Zatorzu jeszcze jeden ślad… Grób Waltera Toffla znajduje się do dziś na zatorzańskim cmentarzu św. Józefa. Niedawno został odrestaurowany. I można powiedzieć, że to bardzo symboliczne miejsce. Bo choć wiele budynków, które powstały dzięki tej rodzinie, już nie istnieje, to ich historia wciąż jest wpisana w krajobraz Zatorza – dzielnicy, która wyrastała jednocześnie z kolei, przemysłu i przedsiębiorczości takich ludzi jak Tofflowie.

KOLEJOWA 15

Przechodzimy do domu przy Kolejowej 15. Powstał on w 1890. Najpewniej postawił go bagażowy Johann Borchert, który był jego właścicielem w 1899. Stanowisko bagażowego było bardzo istotne w okresie największego rozkwitu kolei w XIX i XX wieku.

Czym zajmował się bagażowy? Głównym zadaniem bagażowego była obsługa bagażu rejestrowanego pasażerów. W czasach, gdy podróżowano z dużymi kuframi, a nie małymi walizkami, bagażowy był niezbędny. Na stacjach początkowych odbierał bagaż od pasażera, ważył go, sprawdzał, przyczepiał etykietę i wydawał kwit bagażowy. Bagażowy odpowiadał za bezpieczne przeniesienie bagaży z peronu do specjalnego wagonu bagażowego (często połączonego z pocztowym). W czasie jazdy często znajdował się w wagonie bagażowym, dbając o to, by bagaże nie uległy zniszczeniu i nie przemieszczały się. Na stacji docelowej bagażowy wyładowywał bagaże i wydawał je pasażerom za okazaniem kwitu bagażowego. Wraz z rozwojem pierwszych linii kolejowych bagażowy stał się nieodzowny. Pociągi dalekobieżne posiadały dedykowane wagony bagażowe, a obsługa bagażu była kluczowa dla komfortu zamożnych pasażerów.

W okresie powojennym (PRL), bagażowi byli standardem na dworcach PKP. Wraz z upowszechnieniem się lekkich walizek na kółkach oraz zmianą charakteru podróży (szybsze pociągi, mniejsza ilość przewożonych przedmiotów), rola bagażowego zaczęła spadać. Obecnie ich funkcję przejęli sami pasażerowie. Na dworach są automatyczne skrytki bagażowe.

Wracamy do domu przy Kolejowej 15. Dom nadbudowano o drugie piętro pod koniec lat 20. XX w., czyli pierwotnie był niższy i miał nieco inny kształt. W 1934 dobudowano jeszcze tylną przybudówkę – toaletę.

Inny Borchert – Otto – przy skrzyżowaniu dzisiejszych Limanowskiego i Zientary-Malewskiej w 1915 r. prowadził zakład fryzjerski – wynajmował lokal w nieistniejącej już kamienicy czynszowej. Pewnie coś łączyło obydwu Borchertów. Raczej to nie przypadek, że dwóch panów o takim samym nazwisku działało w tej samej okolicy.

ZATORZE – TARTAKI I CEGIELNIE 

Przy ul. Kolejowej, mniej więcej tu gdzie dziś stoi Zatorzanka, działał tartak cieśli Gottlieba Zahlmanna. Funkcjonowała tu także kuźnia i stolarnia. W latach 30. XX w. tartakiem zarządzała Helena Zahlmann, która oddała tartak w dzierżawę W. Schnittkowi, który następnie tartak odkupił. Budynek istniał jeszcze pod koniec lat 50. XX w.

W okolicy ul. Kolejowa 10 swoją cegielnię prowadził Otto Naujack – rzeźnik, cegielnik, radny miasta, rentier. Glinę do wypalania cegieł początkowo pozyskiwano, ścinając wszystkie zbocza i pagórki w okolicy cegielni. W 1892 r. architekt Robert Luckhardt na zniwelowanym przez cegielnię Naujacka terenie opracował pierwszą siatkę ulic i rozplanowanie przestrzenne nowej dzielnicy.

Olsztyn od końca lat 70-tych XIX w. zaczął się rozbudowywać, a do tego potrzebne była cegła, Naujack więc szybko się dorobił na nowym interesie. Jego cegielnia obok cegielni Maxa Liona były głównymi dostawcami cegły do wznoszenia nowych budynków w gwałtownie rozrastającym się Olsztynie na przełomie XIX/XX w.

OSIEDLE KOLEJOWE NA ZATORZU

Wyobraźmy sobie Olsztyn sprzed stu trzydziestu laty. Miasto rozwija się dynamicznie, a jednym z najważniejszych motorów tego rozwoju jest kolej. I właściwie można powiedzieć coś bardzo prostego: to właśnie kolej stworzyła Zatorze.

Linia torów wyraźnie oddzieliła północną część miasta – tę „za torami”. I właśnie tam zaczęło powstawać zupełnie nowe osiedle. Dziś stoi tu kilkanaście budynków wzniesionych specjalnie jako domy dla pracowników kolei. To miejsce ma niezwykły klimat – króluje tu czerwona cegła, a całość odzwierciedla niewielką kolejową kolonię mieszkaniową z przełomu XIX i XX wieku.

Wszystko zaczęło się w 1895 roku, kiedy zarząd niemieckich kolei postanowił zbudować w Olsztynie osiedle mieszkaniowe dla swoich pracowników. Wybrano teren przy jednej z dopiero planowanych ulic – Ciesielskiej, czyli dawnej Zimmerstrasse. Dziś znamy ją jako ulicę Żeromskiego.

Najpierw powstały trzy budynki mieszkalne wraz z towarzyszącymi im obiektami gospodarczymi. Były to dzisiejsze domy pod numerami 8, 9 i 34. Już w 1898 roku wszystkie były w pełni zamieszkane. Domy otrzymały charakterystyczną dla budownictwa kolejowego formę: wzniesione z czerwonej cegły, z dwuspadowymi dachami, a obok nich stanęły budynki gospodarcze w konstrukcji muru pruskiego.
Ulica ma tu wyraźny spadek, dlatego budynki podzielono na segmenty, które zaakcentowano uskokami w kalenicy dachu. To bardzo charakterystyczny detal, który można zauważyć do dziś. W 1903 roku pojawiła się tu kanalizacja. Warto jednak pamiętać, że standard mieszkań był zupełnie inny niż dziś – ubikacje były wspólne. Dlatego do domów dobudowano dwu- lub trzykondygnacyjne przybudówki na osi klatek schodowych, od strony podwórza.

W tym samym czasie zarząd kolei starał się zdobywać kolejne działki pod dalszą zabudowę. Już w 1897 roku prowadzono negocjacje z Hermannem Kywallem, właścicielem posesji położonej przy skrzyżowaniu dzisiejszych ulic Jagiellońskiej (dawnej Wadąskiej) i Żeromskiego. Nieskutecznie.

O kierunkach rozwoju osiedla kolejarzy zdecydował przypadek, swoją drogą tragiczne wydarzenie. W 1902 roku spłonął tartak Waltera Toffla, który stał w sąsiedztwie – przy Żeromskiego, w kierunku dzisiejszej Limanowskiego. I w ten sposób na jego miejscu zbudowano kolejne domy mieszkalne dla pracowników kolei.

Do 1905 roku, przy ulicy Żeromskiego – która była już wyposażona w wodociąg, kanalizację i gaz – powstało sześć kolejnych domów. Dziś są to budynki pod numerami: 10, 11, 12, 31, 32 i 33. Co ciekawe, część z nich – dokładnie domy 11, 31, 32 i 33 – była zamieszkana już w 1903 roku, więc są nieco starsze. Niektóre z tych budynków wyróżniają się bogatszą dekoracją.

Rozwój osiedla trwał dalej. W 1911 roku powstały domy przy Żeromskiego 14 i 15. A rok później, w 1912, wzniesiono cztery kolejne budynki w tzw. Zaułku Piaskowym (Sandgasse). Dziś to ulica Sienkiewicza 9, 10, 11 i 12. Na ich elewacjach można dostrzec bardzo ciekawy detal – ślady po dawnym logo kolei, czyli uskrzydlonym kole.

Zabudowa kolejowa była podporządkowana ogólnym zasadom urbanistycznym obowiązującym w mieście. Oznaczało to między innymi, że domy oddzielano od ulicy ogródkami. Przy mieszkaniach funkcjonowały także niewielkie poletka uprawne, przyporządkowane do poszczególnych lokali. Dlatego do dziś wokół tych domów zachowało się sporo otwartej, niezabudowanej przestrzeni.

Spacerując po tej części Zatorza, można zobaczyć jeszcze wiele śladów dawnej zabudowy kolejowej. Zachowały się: duże połacie starego bruku, pojedyncze stare drzewa, a na niektórych podwórkach pojawiły się nowe nasadzenia, klomby i ławki w ramach miejskiej akcji „Podwórka z natury”.

Przetrwało też kilka budynków gospodarczych w konstrukcji muru pruskiego. Pełniły kiedyś bardzo różne funkcje – były składzikami, obórkami, kurnikami czy małymi spichlerzami.

Warto też wiedzieć, że domy kolejarzy powstały nie tylko przy Żeromskiego. Kolejowa zabudowa znajduje się również po drugiej stronie ulicy Limanowskiego, przy dzisiejszej ulicy Marii Zientary-Malewskiej.

Najbardziej okazała jest kamienica pod numerem 2, wzniesiona w 1908 roku. Dalej powstało też mniejsze osiedle kolejarzy, określane jako kolonia kolejowa. Zbudowano je na początku XX wieku – jeszcze przed 1908 rokiem – pod adresami Zientary-Malewskiej 30, 32 i 34.

I kiedy dziś spacerujemy po Zatorzu, patrząc na te ceglane domy, brukowane podwórka i stare drzewa, łatwo zrozumieć jedną rzecz: to nie była zwykła zabudowa mieszkaniowa. To była mała kolejowa społeczność – miejsce stworzone dla ludzi, którzy pracowali przy torach, pociągach i dworcach. I właśnie dlatego Zatorze ma dziś tak wyjątkowy, trochę industrialny, a z drugiej strony bardzo domowy charakter. O historii kolei i kolejarzy po II wojnie światowej mówiłam TU (kliknij).

Koński rynek na Zatorzu w Olsztynie 

Za każdym razem, kiedy pytam o skojarzenia z Zatorzem, z wielu ust pada to samo hasło: „koński rynek”. Znajdował się na placu między ulicami Żeromskiego, Sienkiewicza i Okrzei. Najpierw handlowano tu z furmanek zaprzężonych w konie, dopiero później pojawiły się pojazdy mechaniczne.

Próbowałam zrozumieć fenomen tego miejsca i odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego tak często powraca w ludzkich wspomnieniach. I chyba wiem. Najczęściej przywołują go ci, którzy w tamtym czasie – jeszcze do lat 70. – byli dziećmi. A dla dziecka taki targ musiał być prawdziwym widowiskiem. Poza tym w czas gdy „nie było nic” – na końskim rynku było „wszystko”.

Wystarczy spojrzeć na stare fotografie. Widać na nich konie stojące przy wozach, worki z ziemniakami, ludzi siedzących na ławach i na workach, handlarzy i kupujących, którzy zatrzymują się na chwilę rozmowy. Plac jest pełen śladów kopyt i kół. W tle stoją ceglane domy Zatorza. Wszystko wygląda bardzo żywo – jakby cały świat na chwilę przeniósł się właśnie tutaj.

Bo dla dzieci był to inny świat. Świat koni, wozów, nawoływań sprzedawców. Świat zapachów – świeżego mleka, warzyw, ziemi i siana. Świat kolorów, które pojawiały się nagle pośród szarej codzienności.

Targ odbywał się dwa razy w tygodniu – we wtorki i w piątki. Wtedy na plac zjeżdżali rolnicy z podolsztyńskich wsi. Przywozili to, co mieli najlepszego: mleko, sery, mięso, drób, warzywa i owoce. Mamy kupowały świeże jajka, śmietankę tak gęstą, że można ją było kroić nożem, zsiadłe mleko. Stąd brało się kurki, które później biegały po zatorzańskich podwórkach. W domach po powrocie z targu pachniało kalafiorami, ogórkami i pomidorami…

Dla dzieci była to także wyprawa między stragany. Można było kręcić się między wozami, ławami i workami, a czasem liczyć na coś extra – jabłko albo gruszkę podaną przez przekupkę. Przekupki mówiły różnie. Po polsku, ale z rozmaitymi naleciałościami – gwarą warmińską, z niemieckimi wtrąceniami, ze wschodnim akcentem Kresowiaków. Ten targ brzmiał wieloma odmianami języka, tak jak całe powojenne Warmia i Mazury składały się z ludzi przybyłych z różnych stron.

Sam rynek powstał w dwudziestoleciu międzywojennym, choć już przed 1914 rokiem rolnicy z okolicznych wsi zajeżdżali czasem furmankami na wolny plac przy osiedlu kolejarzy i sprzedawali tu swoje produkty. Po I wojnie światowej teren częściowo wybrukowano, ogrodzono parkanem i wyposażono w podstawowe urządzenia targowe. Przy bramie od strony ulicy Sienkiewicza powstała niewielka komora do poboru opłaty targowej, a także dwa drewniane pawilony handlowe. Tak zaczęła się historia końskiego rynku.

Po wojnie targowisko zaczęło odżywać już wiosną 1945 roku, choć początkowo nie było tu koni. Okoliczni rolnicy przywozili swoje produkty na zwykłych wózkach. Konie zostały zarekwirowane przez żołnierzy Armii Czerwonej. Te, które ocalały, często ukrywano przed Sowietami i szabrownikami. Dopiero z czasem zwierzęta wróciły na targ, a wraz z nimi charakterystyczne furmanki.

Z biegiem lat plac zmieniał się. Na obrzeżach, przy ulicach Kolejowej i Okrzei, ustawiono rzędy straganów z artykułami spożywczymi i przemysłowymi. Na późniejszych zdjęciach widać już zupełnie inny obraz: po sąsiedzku z wozami konnymi stoją rzędy samochodów dostawczych, między nimi tłum ludzi. Jest gwarno, kolorowo, niemal festynowo. W pawilonach błyszczą modne w latach 60. ortaliony. Można tu było kupić najlepsze młodzieżowe – słynne „bitelsówki”, „rolingstonki” czy „filipinki”. Nie bez powodu tę część rynku nazywano Kolejowym Pewexem, bo trafiały tu towary trudne do zdobycia gdzie indziej.

W latach 70. targowisko przeniesiono w okolice ulicy Grunwaldzkiej. Na Zatorzu pozostały jednak pawilony handlowe. Drewniane baraki zmodernizowano, pojawiły się nowe sklepy – między innymi „Ludwik”, odbudowany w 1980 roku po pożarze. W latach 90. stanęła tu, dziś nieczynna, Miejska Hala Targowa „Zatorzanka”.

Dziś w tym miejscu nadal trwa handel, mimo że w znacznie mniejszym zakresie – funkcjonuje tu jedno z miejskich targowisk. Tylko koni już nie ma. A jednak koński rynek wciąż żyje w pamięci – w opowieściach tych, którzy kiedyś jako dzieci stali tu między workami z ziemniakami, słuchali nawoływań sprzedawców i patrzyli na świat, który na kilka godzin w tygodniu stawał się większy, barwniejszy i pełen ruchu.

Olsztyńskie Zatorze – koński rynek, wspomnienia 

Kiedy zamieściłam w mediach społecznościowych wpis (tu link) dotyczący tego miejsca w komentarzach posypały się liczne wspomnienia. Kilka z nich pozwolę sobie przytoczyć. Posłuchajcie. Cytuję.

„Moja babcia z Radostowa jeździła furmanką zaprzężoną w jednego konika na ten targ. Wiozła: śmietanę, mleko sery, warzywa i owoce. Mama była wówczas kilkuletnią dziewczynką, która spała po drodze zawinięta w jakąś kapę. Taki wyjazd na targ był dla niej atrakcją i szansą na jakąś słodycz a czasami, tylko czasami, zakupem czegoś z ubrania”.

„Uwielbiam to miejsce. W dzieciństwie chodziłam z babcią po ziemniaki i kalarepę. Teraz też jeżdżę po ziemniaki i owoce. Uwielbiam oglądać stragany z warzywami i owocami. I obowiązkowa wizyta w sklepie ogrodniczym”.

„Wczesne lata 70-te, pamiętam, że gwar rynku był zdominowany przez odtwarzane (i oczywiście sprzedawane) pocztówki dźwiękowe!”.

„Tak, chodziłam tam z mamą na zakupy i rzeczywiście dla małej dziewczynki było to przeżycie: gwar, konie, wozy…”.

„Pamiętam ten rynek, mieszkałam na Sienkiewicza, bardzo blisko ryneczku”.

„Jako dorastająca młodzież, też chciałem kupić materiał, by krawiec uszył wtedy modne spodnie dzwony, tak duże, żeby zakrywały buty modne kupione na targowisku końskim. Pozdrawiam serdecznie wszystkich, co chodzili na rynek”.

„W latach sześćdziesiątych dojeżdżałam z Dobrego Miasta do szkoły w Olsztynie i pamiętam kiedy w dni targowe w Bukwałdzie wsiadały kobiety z koszami pełnymi jajek, sera, czy drobiu na sprzedaż. Rozmawiały po niemiecku, bardzo głośno. Czasami ktoś im coś przygadał, wtedy rewanżowały się, ale już po polsku”.

„Wspomnień czar… Byłam właśnie takim dzieckiem wychowanym w okolicach końskiego rynku i klimatów starego Olsztyna. Moi dziadkowie mieszkali przy ulicy Kolejowej w kamienicy, której już nie ma. Przybyli do Olsztyna jako jedni z pierwszych, dziadek był kolejarzem. Za kamienicą mieli ogródek, w którym trzymali krowę, która przyjechała razem z nimi. Mój tata wypasał ja na łąkach w okolicy dzisiejszej ulicy Rataja…”.

„Chodziłam z moją mamą na koński rynek. Były konie, kury, kaczki. Gwaru ludzi się nie zapomina, to było życie”.

„Pamiętam swoje pierwsze zakupy na pierwszą komunię święta, piękna długa suknia. Później się okazało że byłam jedynie ja w długiej, czułam się wyjątkową małą księżniczką. Jako nastolatka kupiłam pierwsze drewniaki, tzw. bananowe, spodnie dzwony itp. Dziś już nie ma końskiego ryneczku. Zostały wspomnienia. Ale dzisiaj też lubię tu robić zakupy, choć trochę poczuć tego klimatu z tamtych lat”.

„Pierwszy raz kupiłam na tym rynku czerwone kozaki. Były bardzo ładne i cena też 800 złotych. Był to rok 69. Potem każde buty na każdą porę roku kupowałam na końskim rynku nawet jak został przeniesiony wzdłuż torów”.

„Pamiętam ten rynek. Było cudownie a produkty były smaczne a przede wszystkim zdrowe. Miłe wspomnienia”.

„Pamiętam jeszcze gołębie, które albo się sprzedawało albo wymieniało. Zresztą gołębniki na Zatorzu były jeszcze w latach 90, np. na Sienkiewicza, gdzie krótko mieszkałem”.

„Kupiłam tam suknie ślubną”.

„To był cudowny czas, moja mama tam kupiła mi sukienkę do pierwszej komunii”.

„Ja kupiłam w 1967 buty Filipinki, kosztowały 36 zł. Pracowałam jako goniec w PSS i zarabiałam 70 zł”.

„Pamiętam, że wyprawa na koński rynek była czymś specjalnym. Mama czasami kupowała mi sukienki z paczek z zachodu. Czułam się wtedy taka wyjątkowa”.

„Z rodzicami kupowałam na końskim rynku sukienkę do ślubu i buty. W planach była jakaś skromna sukienka, ale kupiliśmy najdroższą za 3,5 tys.”.

„Można tam było kupić „bitelsówki” ze szpiczastymi noskami i „rollingstonki” z noskami ściętymi i lekko wygiętymi ku górze. Kosztowały ok. 300 zł. Pół „kolejówki” sprzedawało tam przydziałowe, solidne kamasze i kupowało to wyżej wymienione tandetne obuwie”.

„Pamiętam i koński targ, i późniejsze stragany i stoiska. Handlowano nawet przy wiadukcie, moja mama często kupowała tam kwiaty po drodze do pracy albo z pracy. Ja biegałam rano, w dzień zakończenia roku szkolnego po ogrodowe róże dla nauczycielek moich dzieci”.

„Doskonale pamiętam to miejsce i mam związane z nim wspomnienia. Pierwsze dobre, moja babcia, z którą poszłam na rynek, za całe 100 zł kupiła mi psa. Doskonale pamiętam kobietę,która stała z dwoma szczeniakami. Jednym z nich była moja sunia, która żyła z nami od czasu, kiedy miałam 6 lat do końcówki nauki w liceum. Drugie wspomnienie jest dość dramatyczne i dotyczy próby zakupu słonecznika. Wybierałam go pochylona nad ziemia, a w tym czasie zostałam prawie stratowana przez ciągnące wóz konie… Krzyk, strach i jak to bywa w przypadku dziecka, ucieczka do domu. Z późniejszych lat pamiętam zakup wymarzonych butów, które były za małe, ale tak bardzo je chciałam, że się do tego nie przyznałam”.

Modernizm na Zatorzu w Olsztynie 

Lubię modernizm. To styl, który w architekturze panował naprawdę długo – mniej więcej od około 1910 do lat 80. XX wieku. Samo słowo moderne pochodzi z języka francuskiego i oznacza po prostu nowoczesność. I właśnie o tę nowoczesność chodziło jego twórcom.

Modernizm stawiał na minimalizm, prostotę i funkcjonalność. Budynek miał przede wszystkim dobrze służyć ludziom – być wygodny, jasny, logicznie zaprojektowany. Bogaty ornament uznawano wręcz za architektoniczną „zbrodnię”. Nie znaczy to jednak, że modernistyczne domy były zupełnie pozbawione detalu. Pojawiały się w nich ciekawe elementy dekoracyjne, ale bardzo oszczędne – najczęściej oparte na prostych figurach geometrycznych, charakterystycznych dla art déco.

Na olsztyńskim Zatorzu modernizm pojawia się przede wszystkim w dwudziestoleciu międzywojennym. To czas intensywnego rozwoju miasta i nowych idei społecznych. Planuje się całe osiedla mieszkaniowe w duchu przekonania, że każdy człowiek ma prawo do dobrze zaprojektowanego domu, a więc także do godnych i sprawiedliwych warunków życia. Architektura przestaje być wyłącznie domeną reprezentacyjnych gmachów – zaczyna służyć codzienności.

Jedną z najważniejszych postaci modernizmu w Olsztynie był architekt August Feddersen. To on zaprojektował między innymi teatr, kościół i klasztor franciszkanów, młyn ze spichlerzem zbożowym, a także wiele domów i willi w różnych częściach miasta. Jego realizacje dobrze pokazują, jak w praktyce wyglądała ta architektoniczna nowoczesność.

W modernistycznej zabudowie Zatorza łatwo dostrzec charakterystyczne elementy stylu: przeszklone klatki schodowe, narożne okna, proste elewacje i oszczędne wzornictwo oparte przede wszystkim na geometrycznych formach – głównie trójkątach i rombach. Wszystko jest tu podporządkowane funkcji, światłu i proporcji.

Dawna katolicka szkoła ludowa na Zatorzu 

Imponujący gmach szkoły ludowej przy dzisiejszej ul. Jagiellońskiej wzniesiono w latach 1908–1910 według projektu architekta miejskiego Maxa Boldta. Przy projektowaniu wykorzystano wzorcowe plany opracowane w pruskim Ministerstwie Robót Publicznych. Budynek uchodził wówczas za jedną z największych i najnowocześniejszych szkół podstawowych w Niemczech.

Nowoczesność przejawiała się nie tylko w skali obiektu, ale i w jego wyposażeniu – funkcjonowały tu m.in. szkolna kuchnia oraz łaźnia. Elewacje zdobi subtelna dekoracja architektoniczna i plastyczna: w owalnych wnękach umieszczono stiukowe przedstawienia putt – dzieci z atrybutami nauki i sportu. Szkoła nosiła niegdyś imię Bernharda Overberga (1754–1826), katolickiego teologa i pedagoga, reformatora szkolnictwa w Westfalii.

W latach 1913–1945 nauczycielem w tej szkole był Leonhard Fromm (1887–1975) – regionalista, archeolog-amator i działacz na rzecz ochrony zabytków archeologicznych w dawnych Prusach Wschodnich. Urodził się w 1887 roku w Szałstrach koło Olsztyna. W 1907 roku rozpoczął naukę w seminarium pedagogicznym w Braniewie, a trzy lata później uzyskał kwalifikacje do pracy w szkołach powszechnych.
Początkowo pracował jako nauczyciel w wiejskich szkołach na Warmii, m.in. w Łomach i Paluzach. W 1913 roku objął posadę w katolickiej szkole ludowej w Olsztynie, na Zatorzu właśnie. Jego pracę przerwała I wojna światowa – służył w wojsku, kończąc służbę w stopniu podporucznika. Po demobilizacji wrócił do pracy nauczycielskiej w Olsztynie.

Równocześnie rozwijał szerokie zainteresowania przyrodnicze i krajoznawcze. Interesował się botaniką, geologią i paleontologią, działał w miejscowych towarzystwach naukowych i przez wiele lat przewodniczył Allensteiner Naturkunde-Verein – Olsztyńskiemu Towarzystwu Przyrodniczemu. Z czasem jego pasją stała się także archeologia.

Fromm należał do najważniejszych lokalnych badaczy przeszłości okolic Olsztyna w pierwszej połowie XX wieku. Prowadził liczne poszukiwania terenowe, dokumentował stanowiska archeologiczne i gromadził zabytki pradziejowe. Szczególnie interesowały go ślady osadnictwa z okresu wpływów rzymskich i wędrówek ludów oraz znaleziska przypisywane Gotom.

W latach 20. XX wieku zaangażował się w ochronę dziedzictwa archeologicznego. Został powiatowym opiekunem zabytków archeologicznych oraz kierownikiem olsztyńskiego Heimatmuseum w zamku. Gdy w 1926 roku muzeum otwarto, Fromm zorganizował w nim od podstaw dział prehistoryczny, gromadząc ponad dwieście eksponatów pozyskanych głównie z badań terenowych i darów.

Od 1888 r. działała w Olsztynie szkoła rolnicza z zimowym pięciomiesięcznym programem zajęć po 24 do 28 godzin tygodniowo.
Zimowa szkoła długo jednak nie miała własnej siedziby. Przez pewien czas zajęcia odbywały się budynku szkolnym przy ul. Pieniężnego, w pomieszczeniach ewangelickiej szkoły ludowej, gdzie użytkowano dwie sale lekcyjne.

Starania o budowę własnego gmachu podejmowano przed I wojną światową i zaraz po niej. Decyzję o budowie szkoły wraz z ogrodem doświadczalnym Rada Miasta podjęła na posiedzeniu 2 czerwca 1927 roku. Zgodnie z przyjętym zwyczajem, projekty powstały zapewne w urzędzie architekta miejskiego pod nadzorem Sauera. Budynek oddano do użytku w 1930 roku. W 1935 r. uczęszczało do niej 46 chłopców i 28 dziewcząt.

Florian Matern i Zatorze 

Jestem bardzo ciekawa, w jakich okolicznościach Florian Matern poznał Marthę Rarkowską, córkę Jakuba Rarkowskiego, burmistrza Olsztyna w latach 1836–1865. Mam wrażenie, że ślub z Marthą zmienił jego życie na wielu płaszczyznach – a na pewno wpłynął na sposób zarabiania pieniędzy i prowadzenia biznesu.

Po szeroko zakrojonej działalności Floriana Materna do dziś zachowały się budynki dawnych prywatnych koszar wojskowych, stojące na Zatorzu przy ul. M. Zientary-Malewskiej 5, 7, 9 i 9a. Ale zacznijmy od początku.

Florian Matern swoją karierę w Olsztynie rozpoczął w 1868 r. jako właściciel gospody. O kierunkach jego dalszej działalności zdecydował ślub z Marthą Rarkowską, a następnie wybór przez władze lokalizacji pod budowę dworca kolejowego w Olsztynie. Dlaczego? Ponieważ grunty, na których wkrótce powstał dworzec, stały się współwłasnością Floriana za sprawą jego małżeństwa z Marthą.

Brano pod uwagę trzy lokalizacje przyszłego dworca:
1. w pobliżu Jeziora Długiego,
2. w miejscu przecięcia linii kolejowej z Szosą Dobromiejską (dzisiejsza ul. 1 Maja),
3. na peryferiach Olsztyna, oddalonych od ówczesnego miasta o około 2 km, gdzie przebiegał trakt barczewski – i to właśnie tę lokalizację ostatecznie wybrano.

Grunty te należały do emerytowanego burmistrza Olsztyna, Jakuba Rarkowskiego. W lutym 1870 r. Rarkowski sprzedał tę ziemię swojej córce Marcie i zięciowi Florianowi Matern. Jeszcze w sierpniu tego samego roku Florian Matern nabył sąsiedni grunt, należący wcześniej do małżeństwa Warpakowskich. Z tych właśnie działek rolnych w listopadzie 1870 r. powiat olsztyński zakupił od Maternów pod kolej teren o łącznej powierzchni około 2,2 ha. Nikt nie przypuszczał jeszcze wtedy, że stacja wkrótce przekształci się w węzeł kolejowy.

Powiat zakupił od Floriana Materna jedynie pas terenu pod stację – stosunkowo wąski, co potwierdza, że początkowo nie planowano jej rozbudowy. Na pozostałej, północnej części działki, jeszcze przed otwarciem kolei, przedsiębiorca uruchomił w 1871 r. cegielnię z piecem kręgowym Hoffmanna – pierwszym takim w Olsztynie. Piec ten umożliwiał całodobowy wypał cegieł bez konieczności wygaszania ognia.
Wcześniej, po drugiej stronie traktu na Barczewo, Matern prowadził cegielnię polową starego typu, gdzie cegły formowano ręcznie i wypalano w piecu opalanym drewnem lub torfem. Sprzedawał cegły i dachówki m.in. do okolicznych miejscowości, takich jak Pasym i Szczytno.

W sąsiedztwie cegielni uruchomił kolejny interes – fabrykę beczek. Na jej drukach firmowych widniało motto: „Oszczędnością i pracą ludzie się bogacą”. Dziś można zapytać, czy rzeczywiście bogactwo jest wyłącznie wynikiem pracy i zaangażowania – czy nie mają znaczenia także szczęście, uwarunkowania rynkowe i inne sprzyjające okoliczności? Z pewnością jednak trzeba umieć je wykorzystać i mieć przedsiębiorczy zmysł – a tego Florianowi Maternowi nie brakowało. Fabrykę beczek rozebrano później w związku z budową kolejnej parowozowni.
W 1898 r. właścicielką cegielni była już wdowa, Martha Matern, co oznacza, że Florian wówczas nie żył. Kolejnymi właścicielami cegielni zostali bracia Wagnerowie. Zakład zajmował rozległy teren – od okolic dzisiejszego przejścia podziemnego na dworzec po obszary naprzeciw stacji benzynowej.

Do produkcji wykorzystywano maszynę parową, a budynki i teren oświetlano energią elektryczną. Wytwarzano tu około 10 milionów cegieł rocznie. Prowadzono również sprzedaż materiałów opałowych i budowlanych, a zakład posiadał własną bocznicę kolejową.
Po II wojnie światowej cegielnię upaństwowiono. Zakład pod nazwą „Olsztyn” uruchomiono ponownie 14 sierpnia 1947 r. jako cegielnię sylikatową. Funkcjonował do 1970 r., podlegając Wojewódzkim Zakładom Przemysłu Terenowego Materiałów Budowlanych. Po zakończeniu działalności budynki rozebrano.

Florian Matern był także – choć krótko – współwłaścicielem browaru. Wraz z bratem Rudolfem uruchomił w 1878 r. nową warzelnię piwa bawarskiego o nazwie Allensteiner Waldschlösschen Brauerei. Wzniesiono ją z cegły wyprodukowanej w jego cegielni. Pozostałości browaru „Leśny Zameczek” stoją do dziś przy ul. Wojska Polskiego.

Duże znaczenie dla rozwoju Olsztyna miała decyzja o utworzeniu w mieście sądu okręgowego. Rozważano kilka lokalizacji – ostatecznie wybrano teren należący do Floriana Materna, położony przy rozwidleniu dróg do Klebarka i Barczewa. Choć znajdował się on naprzeciw fabryki zapałek Juliusa Ladendorffa, uznano, że sąsiedztwo nie będzie zagrażało zdrowiu urzędników.

W 1878 r. Matern sprzedał swoje grunty w śródmieściu – właśnie tam powstał budynek sądu okręgowego. Otwarcie sądu dla powiatów olsztyńskiego, ostródzkiego, nidzickiego i szczycieńskiego znacząco podniosło rangę miasta i wsparło starania o przekształcenie stacji w węzeł kolejowy.

Z innych przedsięwzięć Materna – w 1884 r. miał podpisaną z miastem umowę na wywóz nieczystości. Był także właścicielem działki naprzeciw dworca kolejowego. Prawdopodobnie na początku lat 80. XIX w. wzniesiono tam pierwszy budynek należący do Materna, zapewne mieszkalny. Został on zaznaczony na najstarszej zachowanej mapie stacji kolejowej z grudnia 1884 r., podpisano go tam jego nazwiskiem.
Wkrótce, prawdopodobnie na przełomie lat 80. i 90. XIX w., na jego bazie powstał Bahnhofs-Hotel – słynny Hotel Dworcowy, należący już jednak do kolejnych właścicieli.

Jedną z ostatnich inwestycji Floriana Materna były koszary prywatne, nazywane od jego nazwiska koszarami Materna. W dawnych Prusach powszechną praktyką było wynajmowanie prywatnych budynków przez instytucje publiczne – korzystały z tego magistraty, starostwa, sądy, poczta oraz wojsko.W Olsztynie funkcjonowały dwa takie kompleksy – koszary Floriana Materna i Andreasa Funka. Wzniesione na zamówienie wojska przez prywatnych inwestorów, aż do I wojny światowej były dzierżawione przez armię, pozostając własnością prywatną.

Koszary Materna powstały w latach 1888–1889 dla II batalionu Regimentu Grenadierów im. Króla Fryderyka II. Zakwaterowano tu pół batalionu. Stacjonowały tu kolejno kompanie różnych pułków piechoty, m.in. 151. i 146. Choć były to koszary wojskowe, przypominały raczej domy mieszkalne niż typowe budynki koszarowe. Warunki bytowe żołnierzy były słabe – brakowało hali sportowej, a plac ćwiczeń znajdował się daleko. Po I wojnie światowej armia zrezygnowała z ich użytkowania. W 1920 r. budynki przekazano miastu i przebudowano na mieszkania komunalne. Ich wygląd zewnętrzny do dziś nie uległ większym zmianom – to właśnie domy przy ul. M. Zientary-Malewskiej 5, 7, 9 i 9a.

Magda Malinowska, przewodnik turystyczny po Olsztynie, Warmii i Mazurach 

Pozostałe artykuły/podcasty o Zatorzu:

Olsztyńskie Zatorze – szlakiem secesji 

Ogólnie o Zatorzu 

Pionierzy z Zatorza

Bibliografia:

[1] Alojzy Śliwa, Spacerki po Olsztynie, Olsztyn 1967, s. 51-52.

[2] Czesław Browiński, Olsztyn 1945-1970, Olsztyn 1974, s. 97.

[3] https://forum.gazeta.pl/forum/w,64,32250843,32250843,stare_olsztynskie_knajpy.html

Olsztyn 1353 – 2003, red. Stanisław Achremczyk, Władysław Ogrodziński, Olsztyn 2003.

Rafał Bętkowski, Olsztyn jakiego nie znacie, Olsztyn 2010.

Stanisław Piechocki, Dzieje olsztyńskich ulic, Olsztyn 1998.

Stanisław Piechocki, Olsztyn magiczny, Olsztyn 2002.

Zatorze – magiczna dzielnica Olsztyna, praca zbiorowa, red. Joanna Piotrowska, Olsztyn 2016.

Rafał Bętkowski, „Bahnhofs-Hotel – hotel dworcowy w Olsztynie”, w: Olsztyński Rocznik Konserwatorski, t. 5, Olsztyn 2021.

O autorze

Podziel się w mediach społecznościowych

  • google-share

2 komentarze

  1. woda 26 marca 2026 at 22:24 Reply

    Oby więcej takich miejsc w sieci.Dobrze się to czytało. Ciekawie udało się zachować ten balans między osobistym tonem a konkretem. Dobrze się czyta coś, co powstało z ciekawości, a nie z obowiązku.

    • Magda 27 marca 2026 at 16:41 Reply

      Bardzo mi miło. Dziękuję za komentarz.

Skomentuj woda Anuluj pisanie odpowiedzi

*
*

Kontakt:

Adres mailowy:
info@przewodnikpomazurach.pl

telefon kontaktowy:
Magda - 608 642 313
Mariusz - 694 275 609

Najnowsze wpisy:

  • Opowieści zza torów – olsztyńskie Zatorze
  • Olsztyńscy pionierzy
  • Olsztyńskie Zatorze – szlakiem secesji
  • Grudzień, zima i Boże Narodzenie na Warmii i Mazurach

Sprawdź nasz profil na instagramie:
instagram.com/my_tutejsi

Przewodnik po Warmii i Mazurach

przewodnikpomazurach.pl - wszelkie prawa zastrzeżone © 2014 | projekt i wykonanie: rynarzewski.pl